poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Zoo



Jest takie miejsce, do którego zabiera się dzieci, aby pokazać im miażdżącą przewagę gatunku homo sapiens nad innymi gatunkami. Na kilkudziesięciu hektarach przetrzymuje się tysiące zwierząt wyłącznie po to, żeby zadowolić tych najmniejszych z nas.

Pierwszą próbę zwiedzania wrocławskiego Zoo podjęliśmy rok temu, ale była nieudana – półtoraroczna Weronika nie widziała różnicy między wymierającymi gatunkami, a wróbelkiem, który akurat przysiadł na płocie. A skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać? Po roku spróbowaliśmy ponownie i tym razem interakcja była dużo intensywniejsza.

Zwiedzanie zaczęliśmy Bramą Japońską, bo na Grobli można zaparkować za darmo, a przy samej kasie nie ma żadnych kolejek. Ponadto przejście przez kładkę nad Odrą też jest wielką atrakcją. Weronika podała pokornie bileciki i weszliśmy do środka.
- Zobacz Weroniko! Tam są smoki! – zareklamowałem terrarium i dziecię rzuciło się do zwiedzania. 


Weronika pierwszy raz w życiu zobaczyła prawdziwego żółwia, a ponieważ jest fanką Franklina jej zachwyt był podwójny. Zaproponowałem nawet, że pojedziemy sobie kiedyś nad fosę miejską, złapiemy jakiegoś, bo tych tutaj nie wolno, i ugotujemy zupę, ale Weronice nie spodobał się ten pomysł. Może to i lepiej, wrocławskie żółwie są dużo ciekawszą atrakcją od krasnali, więc po co je zjadać.

A na przykładzie Grzesia chciałbym Wam pokazać jak działają reklamy – głównie bankowe, ale nie tylko.  


Dużymi literami czytamy więc, że Grzesiu będzie miał dzieci, że jest nadzieja, że happy end już blisko i tylko czekać, aż uronimy wszyscy łzę szczęścia. Z kolei mniejszymi literami czytamy, że Grzesiu niedawno zdechł, próby rozmnożenia z innym podgatunkiem spełzły na niczym i Chelonoidis nigra abingdoni już nie będzie tuptał swoimi słodkimi, żółwimi nóżkami po naszej planecie. Wniosek: uważajcie, co podpisujecie.

Takiej ilości poczwarek Weronika się nie spodziewała. Wielka atrakcja.


Przy tej skorupie spędziliśmy pół godziny. Wycieczka gimnazjalistów nie mogła uwierzyć, że żółwie mogą być takie wyszczekane. 


Niestety zdjęcie tego nie oddaje, dlatego trzeba uwierzyć mi na słowo. Oto samiec pawia, który rozkłada swój wspaniały ogon przed innym samcem. W tle powiewa flaga Unii Europejskiej…przypadek? 


 
Wreszcie rozwiązano problem dokarmiania zwierząt. Wiadomo jak było wcześniej: futrowano zwierzątka chipsami, paluszkami i całym tym syfem, który jedzą ludzie. Dzisiaj, przy niektórych wybiegach, stoją automaty z karmą dla zwierząt. Wrzuca się symboliczną złotówkę i dostajemy granulki do karmienia. Zoo zarabia, a kózki i pawiany biegają zdrowsze. Na zdjęciu to akurat kupa, bo granulki kózki zjadły, zanim wyciągnąłem aparat.





- A to? – dopytuje Weronika.
- Płetwonurek wyławia martwe rybki.
- Bo?
- Martwe słabo się prezentują.
- I?
- Trzeba je usunąć.
- I mówią?
- Pa, pa. Fajnie się żyło, ale jesteśmy już martwe i musimy iść.

Nam też było fajnie, ale trzeba było iść, bo po 13 zaczyna być naprawdę tłoczno, a dzieci gimnazjalno-licealne mają to do siebie, że taranują dwuletnie dziewczynki z taką samą lubością, jak Wehrmacht naszą granicę. Za rok powtórka.

wtorek, 8 marca 2016

Jak gotować z małym dzieckiem?



To wcale nie jest takie proste. Internet ugina się od przepisów dla naszej małej, ruchliwej szlachty, ale nikt nigdzie nie pisze o tym JAK to zrobić. Jak sprawić, żeby dziecię było uchachane na czas naszego gotowania i żeby równocześnie coś jednak ugotować. Wszędzie tylko: obierz i pokrój w kawałki, przelej do mniejszego naczynia, wyciśnij, zeszklij na maśle…no super, dobra, ale przecież tam w dole stoi człowiek. Stoi i się patrzy, niecierpliwi, zadaje pytania, czasem się unosi jak za wolno odpowiadamy, coraz rzadziej, ale wciąż się zdarza. Oczywiście istnieją dzieci, które od najmłodszych miesięcy potrafią bawić się same, siedzą spokojnie i przewalają godzinami te swoje klocki – Weronika jeszcze nie umie bawić się sama.

Dlatego dla rodziców dzieci takich jak Weronika, postanowiłem stworzyć krótką instrukcję i na przykładzie jednego przepisu pokazać, że można gotować razem z dzieckiem i że wszyscy na tym korzystają.

A zatem: kluski śląskie z batatów. Co nam będzie potrzebne:
- 2 średnie bataty
- bibuła
- mąka ziemniaczana

Na samym początku musimy dziecko poinformować, że mamy zamiar przyrządzić posiłek. Możemy powiedzieć na przykład tak:
- Weroniko, teraz tata chce zrobić kluski batatkowe.

Bardzo proste, prawda? Dzięki temu dziecko wie, co się będzie działo i idzie po swój fartuszek. Teraz mamy około czternastu sekund. Wyciągamy garnek, bataty, obieraczkę…o, dziecko już jest.
- A tata? – pyta dziecko i wyczuwa podstęp.
- Chcę obrać bataty.
- Nie, Ika.

Nie pozwalam Weronice obierać obieraczką, ponieważ jest bardzo ostra. Z kolei własnym nożykiem Weronika obierać nie chce. I jest konflikt. Jak go rozwiązać? Zaproponować dziecku, żeby pobawiło się w motylka. Jako fanka Bardzo głodnej gąsienicy, Weronika lubi tę zabawę, zna na pamięć cykl rozwojowy motyli, a jej ulubionym jest poczwarka, po angielsku „pupa” (mnie to bawi). Zawijamy więc dziecko w kokonik z bibuły i prosimy, żeby przepoczwarzyło się w motylka. Jeżeli dziecko nie zna stadiów rozwoju motyli, może być odrobinę wystraszone.


Sami szybciutko lecimy obrać bataty, wrzucić do garnka, zalać wodą i nastawić. Dziecko już się wykłuło. Latamy więc razem po pokoju i zjadamy komary – jeśli dziecko jest starsze, możemy mu wytłumaczyć, że motyle nie jedzą komarów. Młodsze nie zawsze chcą uwierzyć. Gdy bataty już się ugotują, proponujemy dziecku zabawę we wrzątek. Nic tak nie działa na wyobraźnię dziecka, jak wizja poparzenia.
- Uwaga, gorące! – krzyczę.
- Ugaga! – odpowiada mi Weronika, zachowując bezpieczny dystans. Szybko ugniatamy ziemniaki, odstawiamy do ostygnięcia i znowu możemy bawić się z dzieckiem. Gdy ziemniaki ostygną, bawimy się w przedziałki. Od teraz całą operację przeprowadzamy na ziemi.
- Weroniko, pomożesz mi podzielić ziemniaki?
- A ziemniaki?
- W garnku są. Czekają na podział.
- A podział?
- Chcą się poróżnić. Poróżnimy ziemniaki?
- Tak!

Dajemy dziecku względnie tępy nóż i pozwalamy ciachać ziemniaki. Potem szybko dzielimy je na cztery części, wygrzebujemy ćwiartkę, a dziecko wsypuje w to miejsce mąkę ziemniaczaną. Ma to wyglądać tak:


Teraz najtrudniejsza część: trzeba wszystko ugnieść. Bataty z natury słabo nadają się na kluski, więc czeka nas prawdziwa rzeźnia. Pozwalamy z całym problemem zmierzyć się dziecku. Dziecku się nie udaje. Dziecko jest brudne, brudna jest również podłoga i brudny jesteś Ty, drogi rodzicu, bo naiwnie próbowałeś ratować sytuację. Batatową breję próbujemy przerzucić na stolnicę lub silikonową podkładkę – preferuję to drugie, bo można łatwiej umyć. Prosimy dziecko, żeby podsypało mąką. Próbujemy utoczyć wszystko i zrobić z tego kulki. Nie uda nam się to, nie ma prawa się udać. Z każdą sekundą jest coraz gorzej, a właściwie lepiej, bo dziecko jest zachwycone. Możemy oczywiście próbować dawać coraz więcej i więcej mąki, ale efekt będzie taki, że wyjdzie batatowa guma do żucia. Zmieniamy zatem koncepcję.

- Weroniko, zrobimy lane kluski zamiast śląskich, bo z tego, co nam tu biega po podłodze, nie wyjdą śląskie.
- A śląskie? – dopytuje czujnie dziecko.
- Tam węgiel wydobywają. Na górnym.
- A górnym?
 - No właśnie musimy teraz na górę, wodę nastawić, zeskrobać z ziemi najwięcej jak się da i wrzucić na wrzątek.
- Ugaga, gojące! – krzyczy dziecko i zajmuje bezpieczną pozycję. W tym czasie, najszybciej jak umiemy, nastawiamy wodę w małym garnku (bo raczej niewiele nam się tego uzbiera), zbieramy batacie błoto i wrzucamy na wrzątek. Gotujemy chwilę  do wypłynięcia, ciągle mieszając. Dziecko może się już zniecierpliwić i zaatakować, dlatego zastawiamy się ciałem – tak jak w koszykówce; kto grał choć odrobinę, nie powinien mieć kłopotów. Dziecko może spróbować wykorzystać niski wzrost i przedostać się pod nogami; musimy być na to bardzo czujni.
- Weroniko, ja tu walczę, wrzątek chlapie! Kochanie nie atakuj mnie, nie podoba mi się to!
- A tata robi?
- Wyciągam lane kluski.
- Ika lubi kluski – dziecko biegnie po krzesełko do karmienia. W tym czasie próbujemy ogarnąć najwięcej jak się da, bo kuchnia wygląda jakby się w niej hipopotam zesrał, a przecież nie lubimy hipopotamów, bo są aroganckie, niegrzeczne i mordują więcej ludzi niż krokodyle, lwy, wilki i rekiny razem wzięte. Dziecko ciągnie już swoje krzesełko.
- A teraz opa! – próbujemy dziecko włożyć do krzesełka.
- Nie! Ika sama!
- Dobrze – zgadzamy się bez wahania. Mamy więcej czasu na sprzątanie, a i kręgosłup protestować nie powinien.

Dziecko przytargało swój stołeczek. Ze stołeczka wdrapuje się na krzesełko do karmienia i wygodnie usadawia. Podajemy dziecku lane kluski batatowe.
- Ika nie lubi – oświadcza po chwili dziecko i oddaje nam talerzyk. – Ika chce banana.

Cieszymy się. Będziemy mogli zjeść ciepły posiłek. Dziecku dajemy banana i zapamiętujemy, żeby więcej nie korzystać z tego przepisu.

poniedziałek, 8 lutego 2016

O dzieciach na przestrzeni wieków




Literatura to nasze okno w przeszłość. Dzięki ciężkiej pracy filozofów, literatów, duchownych i wszelakiej maści kronikarzy, wiemy jak się kiedyś żyło, co się jadło i dlaczego ziemia jest płaska. Potrafię z grubsza wyobrazić sobie minione epoki, ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby spojrzeć na obraz dziecka, jaki nam pozostawiono. Teraz, z wiadomych względów, to głównie ta dziedzina najbardziej mnie interesuje. Jak zatem dawni duzi traktowali dawnych małych? Co pisano O dzieciach, a co pisano DLA dzieci?

Okazuje się niestety, że im dalej sięgniemy, tym mniej wiemy. Starożytni pozostawili nam bardzo skąpe informacje; szczególnie o małych dzieciach. Grecy, jeśli już coś pisali, to głównie o dwunastoletnich chłopcach i ich soczystych kiszkach. W innych częściach świata wcale nie było lepiej.
Biblia, jako znakomity tekst źródłowy, również milczy o najmłodszych. Co wiemy o samym Jezusku? Że się urodził i tyle. Nic nam nie wiadomo o tym czy miał kolki, czy ciężko zniósł ząbkowanie, czy dobrze sypiał, czy grymasił przy jedzeniu…nie wiemy nic. Takie podejście do najmłodszych bierze się zapewne ze zwykłego lekceważenia tych bezbronnych istot. Ponadto dzieci umierały wtedy na potęgę i nikt nie przywiązywał do nich większej uwagi; ot, biegają sobie małpeczki, jak któraś umrze, to urodzi się nowa.

Pisanie o dzieciach starożytnym szło więc słabo, ale odrobinę lepiej wyglądała sytuacja z pisaniem dla dzieci. Naturalnie wybór był dużo mniejszy niż dzisiaj, bo przecież to głupota pisać dla szympansów, ale pradawne maluchy i tak miały co czytać w prawie wszystkich częściach świata, a tam gdzie czytać nikt nie umiał, opowiadano im wspaniałe legendy i baśnie.

Z pozostawionej spuścizny wyłania się dość spójny obraz oczekiwań dorosłych wobec swojego potomstwa. Prawie wszędzie chodziło o moralizowanie lub straszenie, a najlepiej jedno i drugie. Najpiękniej na tle całego świata wypadają moim zdaniem Indianie, którzy w swoich legendach tłumaczyli dzieciom świat i otaczającą naturę (polecam przeczytać Dar totemów) bez bagażu pobocznych pogróżek i dydaktyzmu, a przy tym w sposób lekki i pociągający dla młodziutkiej wyobraźni. Niestety Indianie zostali wyrżnięci w pień. No cóż, trzeba było wymyślić broń palną, a nie dzieciom bajeczki opowiadać.

A jak to było z polskimi berbeciami? Do nas literatura zawitała stosunkowo późno, więc możemy się jedynie domyślać, że na początku malutkim Polanom i Wiślanom opowiadano o przygodach Jeszy czy Dziewanny. Potem przez długi czas funkcjonowały obok siebie pogańskie mity, historie biblijne oraz nowsze legendy, jak ta o Smoku wawelskim. I właściwie dopiero XIX wiek przyniósł bogactwo bajek, baśni, opowiadań i wierszyków.

Zanim jednak do tego dojdziemy, chciałbym zatrzymać się przy Kochanowskim. Jest to bodaj jedyny nasz wielki twórca, który bohaterką swojej twórczości uczynił dwuletnią dziewczynkę. Rzecz niesłychana w wieku XVI. Niektórzy zarzucają mu nawet, że Urszulka nie istniała, bo wtedy nikt nie przejmował się umierającymi dziećmi. Sam Kochanowski stracił aż trzy córki z sześciu, które spłodził. Ponadto treny są o dziecku, a nie dla dziecka, co czyni je jeszcze bardziej wyjątkowymi. Nie to jest jednak tutaj istotne.

To, co porusza, zastanawia i uspokaja, to fakt, że Kochanowski naprawdę ubóstwiał swoje dziecko. Jest to pierwszy dowód w polskiej literaturze na to, że dawne dzieci nie miały aż tak strasznego życia, jak sobie wyobrażamy. Oczywiście można zarzucić mu, że dlaczego nie napisał czegoś o swoich żyjących córkach? Przecież żywe dwulatki są równie ciekawe, co martwe; może nawet bardziej. Ale nie będę się już nad nim pastwił; kochał przecież swojego aniołka, a śmierć dziecka, to największe piekło, jakie może spotkać człowieka.

Po Kochanowskim nastała dziwna moda na pisanie o umierających dzieciach. Nie dziwię się. Kochanowski wielkim poetą był, a cała reszta wpatrzona weń z bezgranicznym podziwem, za pewnik wzięła, że dziecko martwe, to dziecko warte opisania. I tak na kartach polskiej literatury poznajemy losy martwej Rózi i Józia z „Dziadów”, martwego Orcia z „Nie-Boskiej komedii” (zanim zmarł jeszcze mu się oślepło), podziwiamy Rozalię z „Antka” (to ta którą do pieca na trzy zdrowaśki wrzucili), martwego „Janka Muzykanta”, martwą „Anielkę”, martwego „Tadeuszka” i wielu, wielu innych; również martwych.

Do dzisiaj nie wiem czy to wpływ utraty niepodległości i ogólnonarodowego marazmu, czy może „takie chorowite czasy”, ale trup dziecięcia, który zostawiła po sobie nasza XIX wieczna literatura, wypełniłby wszystkie magazyny Amazona pod Wrocławiem, a i jeszcze kilka malutkich, poszarpanych krztuścem, ospą i płonnicą ciałek trzeba byłoby podrzucić do pobliskiej Ikei.  

O czym zatem pisano dla tych, które przeżyły? Przede wszystkim apelowano o posłuszeństwo i straszono. Najbliższa mojemu sercu jest twórczość Stanisława Jachowicza. Mamy tylko kilka jego wierszy, ale za każdym razem gdy czytam je Weronice, zastanawiam się, kiedy poprosi mnie wreszcie, żebym przestał. Muszę zacytować, obowiązkowo:

„Często bywamy winni złemu sami.
"Nie gryź, chłopcze - rzekł ojciec - orzechów zębami".
Chłopczyk na to: "Nic nie szkodzi".
A teraz bez zębów chodzi.”

Albo to:

„Patrzcie, jak złe łakomstwo! Kotek przebrał miarę;
Musiał więc nieboraczek srogą ponieść karę.
Tak się i z wami dziateczki stać może;
Od łakomstwa strzeż was Boże!”

Naturalnie podobne rzeczy pisano wtedy w całej Europie, nie byliśmy wyjątkiem. Ba, niemiecka literatura prześcigała się w prostowaniu moralnych, młodziutkich kręgosłupów. Bracia Grimm byli niedoścignionym wzorem dla wielu. Albo wiersze niejakiego Heinricha Hoffmanna – rozkosz dla moich uszu. Może mały fragment w tłumaczeniu, nie zgadniecie, Stanisława Jachowicza:

„…Wpada krawiec jak pantera
I do Julka skoczy żywo.
Nożycami w lewo, w prawo
Uciął palec jeden drugi,
Aż krew trysła we dwie strugi.

Julek w krzyk, a krawiec rzecze:
Tak z nieposłuszeństwa leczę!
Wraca Mama, aj! Wstyd! Bieda!
Juleczkowi ciastek nie da,
Bo kto Mamy nie usłucha,
Temu dosyć bułka sucha.
Płacze Julek, żal niebodze,
A paluszki na podłodze.”
  
Były oczywiście w tamtych czasach nieco łagodniejsze baśnie i bajeczki, ale wolę o nich nie wspominać, bo nie pasują do mojej koncepcji. Duże zmiany przyniósł dopiero koniec XIX wieku. Dla dzieci wreszcie zaczęli pisać ludzie, którzy prawdopodobnie je lubili. Konopnicką mogę czytać Weronice bez obaw, że na następnej stronie ktoś chwyci za kark małą dziewczynkę i rzuci lwom na pożarcie, bo ubrudziła trzewiki. A wiek XX, to już naprawdę inna historia.