poniedziałek, 8 lutego 2016

O dzieciach na przestrzeni wieków




Literatura to nasze okno w przeszłość. Dzięki ciężkiej pracy filozofów, literatów, duchownych i wszelakiej maści kronikarzy, wiemy jak się kiedyś żyło, co się jadło i dlaczego ziemia jest płaska. Potrafię z grubsza wyobrazić sobie minione epoki, ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby spojrzeć na obraz dziecka, jaki nam pozostawiono. Teraz, z wiadomych względów, to głównie ta dziedzina najbardziej mnie interesuje. Jak zatem dawni duzi traktowali dawnych małych? Co pisano O dzieciach, a co pisano DLA dzieci?

Okazuje się niestety, że im dalej sięgniemy, tym mniej wiemy. Starożytni pozostawili nam bardzo skąpe informacje; szczególnie o małych dzieciach. Grecy, jeśli już coś pisali, to głównie o dwunastoletnich chłopcach i ich soczystych kiszkach. W innych częściach świata wcale nie było lepiej.
Biblia, jako znakomity tekst źródłowy, również milczy o najmłodszych. Co wiemy o samym Jezusku? Że się urodził i tyle. Nic nam nie wiadomo o tym czy miał kolki, czy ciężko zniósł ząbkowanie, czy dobrze sypiał, czy grymasił przy jedzeniu…nie wiemy nic. Takie podejście do najmłodszych bierze się zapewne ze zwykłego lekceważenia tych bezbronnych istot. Ponadto dzieci umierały wtedy na potęgę i nikt nie przywiązywał do nich większej uwagi; ot, biegają sobie małpeczki, jak któraś umrze, to urodzi się nowa.

Pisanie o dzieciach starożytnym szło więc słabo, ale odrobinę lepiej wyglądała sytuacja z pisaniem dla dzieci. Naturalnie wybór był dużo mniejszy niż dzisiaj, bo przecież to głupota pisać dla szympansów, ale pradawne maluchy i tak miały co czytać w prawie wszystkich częściach świata, a tam gdzie czytać nikt nie umiał, opowiadano im wspaniałe legendy i baśnie.

Z pozostawionej spuścizny wyłania się dość spójny obraz oczekiwań dorosłych wobec swojego potomstwa. Prawie wszędzie chodziło o moralizowanie lub straszenie, a najlepiej jedno i drugie. Najpiękniej na tle całego świata wypadają moim zdaniem Indianie, którzy w swoich legendach tłumaczyli dzieciom świat i otaczającą naturę (polecam przeczytać Dar totemów) bez bagażu pobocznych pogróżek i dydaktyzmu, a przy tym w sposób lekki i pociągający dla młodziutkiej wyobraźni. Niestety Indianie zostali wyrżnięci w pień. No cóż, trzeba było wymyślić broń palną, a nie dzieciom bajeczki opowiadać.

A jak to było z polskimi berbeciami? Do nas literatura zawitała stosunkowo późno, więc możemy się jedynie domyślać, że na początku malutkim Polanom i Wiślanom opowiadano o przygodach Jeszy czy Dziewanny. Potem przez długi czas funkcjonowały obok siebie pogańskie mity, historie biblijne oraz nowsze legendy, jak ta o Smoku wawelskim. I właściwie dopiero XIX wiek przyniósł bogactwo bajek, baśni, opowiadań i wierszyków.

Zanim jednak do tego dojdziemy, chciałbym zatrzymać się przy Kochanowskim. Jest to bodaj jedyny nasz wielki twórca, który bohaterką swojej twórczości uczynił dwuletnią dziewczynkę. Rzecz niesłychana w wieku XVI. Niektórzy zarzucają mu nawet, że Urszulka nie istniała, bo wtedy nikt nie przejmował się umierającymi dziećmi. Sam Kochanowski stracił aż trzy córki z sześciu, które spłodził. Ponadto treny są o dziecku, a nie dla dziecka, co czyni je jeszcze bardziej wyjątkowymi. Nie to jest jednak tutaj istotne.

To, co porusza, zastanawia i uspokaja, to fakt, że Kochanowski naprawdę ubóstwiał swoje dziecko. Jest to pierwszy dowód w polskiej literaturze na to, że dawne dzieci nie miały aż tak strasznego życia, jak sobie wyobrażamy. Oczywiście można zarzucić mu, że dlaczego nie napisał czegoś o swoich żyjących córkach? Przecież żywe dwulatki są równie ciekawe, co martwe; może nawet bardziej. Ale nie będę się już nad nim pastwił; kochał przecież swojego aniołka, a śmierć dziecka, to największe piekło, jakie może spotkać człowieka.

Po Kochanowskim nastała dziwna moda na pisanie o umierających dzieciach. Nie dziwię się. Kochanowski wielkim poetą był, a cała reszta wpatrzona weń z bezgranicznym podziwem, za pewnik wzięła, że dziecko martwe, to dziecko warte opisania. I tak na kartach polskiej literatury poznajemy losy martwej Rózi i Józia z „Dziadów”, martwego Orcia z „Nie-Boskiej komedii” (zanim zmarł jeszcze mu się oślepło), podziwiamy Rozalię z „Antka” (to ta którą do pieca na trzy zdrowaśki wrzucili), martwego „Janka Muzykanta”, martwą „Anielkę”, martwego „Tadeuszka” i wielu, wielu innych; również martwych.

Do dzisiaj nie wiem czy to wpływ utraty niepodległości i ogólnonarodowego marazmu, czy może „takie chorowite czasy”, ale trup dziecięcia, który zostawiła po sobie nasza XIX wieczna literatura, wypełniłby wszystkie magazyny Amazona pod Wrocławiem, a i jeszcze kilka malutkich, poszarpanych krztuścem, ospą i płonnicą ciałek trzeba byłoby podrzucić do pobliskiej Ikei.  

O czym zatem pisano dla tych, które przeżyły? Przede wszystkim apelowano o posłuszeństwo i straszono. Najbliższa mojemu sercu jest twórczość Stanisława Jachowicza. Mamy tylko kilka jego wierszy, ale za każdym razem gdy czytam je Weronice, zastanawiam się, kiedy poprosi mnie wreszcie, żebym przestał. Muszę zacytować, obowiązkowo:

„Często bywamy winni złemu sami.
"Nie gryź, chłopcze - rzekł ojciec - orzechów zębami".
Chłopczyk na to: "Nic nie szkodzi".
A teraz bez zębów chodzi.”

Albo to:

„Patrzcie, jak złe łakomstwo! Kotek przebrał miarę;
Musiał więc nieboraczek srogą ponieść karę.
Tak się i z wami dziateczki stać może;
Od łakomstwa strzeż was Boże!”

Naturalnie podobne rzeczy pisano wtedy w całej Europie, nie byliśmy wyjątkiem. Ba, niemiecka literatura prześcigała się w prostowaniu moralnych, młodziutkich kręgosłupów. Bracia Grimm byli niedoścignionym wzorem dla wielu. Albo wiersze niejakiego Heinricha Hoffmanna – rozkosz dla moich uszu. Może mały fragment w tłumaczeniu, nie zgadniecie, Stanisława Jachowicza:

„…Wpada krawiec jak pantera
I do Julka skoczy żywo.
Nożycami w lewo, w prawo
Uciął palec jeden drugi,
Aż krew trysła we dwie strugi.

Julek w krzyk, a krawiec rzecze:
Tak z nieposłuszeństwa leczę!
Wraca Mama, aj! Wstyd! Bieda!
Juleczkowi ciastek nie da,
Bo kto Mamy nie usłucha,
Temu dosyć bułka sucha.
Płacze Julek, żal niebodze,
A paluszki na podłodze.”
  
Były oczywiście w tamtych czasach nieco łagodniejsze baśnie i bajeczki, ale wolę o nich nie wspominać, bo nie pasują do mojej koncepcji. Duże zmiany przyniósł dopiero koniec XIX wieku. Dla dzieci wreszcie zaczęli pisać ludzie, którzy prawdopodobnie je lubili. Konopnicką mogę czytać Weronice bez obaw, że na następnej stronie ktoś chwyci za kark małą dziewczynkę i rzuci lwom na pożarcie, bo ubrudziła trzewiki. A wiek XX, to już naprawdę inna historia.