wtorek, 8 marca 2016

Jak gotować z małym dzieckiem?



To wcale nie jest takie proste. Internet ugina się od przepisów dla naszej małej, ruchliwej szlachty, ale nikt nigdzie nie pisze o tym JAK to zrobić. Jak sprawić, żeby dziecię było uchachane na czas naszego gotowania i żeby równocześnie coś jednak ugotować. Wszędzie tylko: obierz i pokrój w kawałki, przelej do mniejszego naczynia, wyciśnij, zeszklij na maśle…no super, dobra, ale przecież tam w dole stoi człowiek. Stoi i się patrzy, niecierpliwi, zadaje pytania, czasem się unosi jak za wolno odpowiadamy, coraz rzadziej, ale wciąż się zdarza. Oczywiście istnieją dzieci, które od najmłodszych miesięcy potrafią bawić się same, siedzą spokojnie i przewalają godzinami te swoje klocki – Weronika jeszcze nie umie bawić się sama.

Dlatego dla rodziców dzieci takich jak Weronika, postanowiłem stworzyć krótką instrukcję i na przykładzie jednego przepisu pokazać, że można gotować razem z dzieckiem i że wszyscy na tym korzystają.

A zatem: kluski śląskie z batatów. Co nam będzie potrzebne:
- 2 średnie bataty
- bibuła
- mąka ziemniaczana

Na samym początku musimy dziecko poinformować, że mamy zamiar przyrządzić posiłek. Możemy powiedzieć na przykład tak:
- Weroniko, teraz tata chce zrobić kluski batatkowe.

Bardzo proste, prawda? Dzięki temu dziecko wie, co się będzie działo i idzie po swój fartuszek. Teraz mamy około czternastu sekund. Wyciągamy garnek, bataty, obieraczkę…o, dziecko już jest.
- A tata? – pyta dziecko i wyczuwa podstęp.
- Chcę obrać bataty.
- Nie, Ika.

Nie pozwalam Weronice obierać obieraczką, ponieważ jest bardzo ostra. Z kolei własnym nożykiem Weronika obierać nie chce. I jest konflikt. Jak go rozwiązać? Zaproponować dziecku, żeby pobawiło się w motylka. Jako fanka Bardzo głodnej gąsienicy, Weronika lubi tę zabawę, zna na pamięć cykl rozwojowy motyli, a jej ulubionym jest poczwarka, po angielsku „pupa” (mnie to bawi). Zawijamy więc dziecko w kokonik z bibuły i prosimy, żeby przepoczwarzyło się w motylka. Jeżeli dziecko nie zna stadiów rozwoju motyli, może być odrobinę wystraszone.


Sami szybciutko lecimy obrać bataty, wrzucić do garnka, zalać wodą i nastawić. Dziecko już się wykłuło. Latamy więc razem po pokoju i zjadamy komary – jeśli dziecko jest starsze, możemy mu wytłumaczyć, że motyle nie jedzą komarów. Młodsze nie zawsze chcą uwierzyć. Gdy bataty już się ugotują, proponujemy dziecku zabawę we wrzątek. Nic tak nie działa na wyobraźnię dziecka, jak wizja poparzenia.
- Uwaga, gorące! – krzyczę.
- Ugaga! – odpowiada mi Weronika, zachowując bezpieczny dystans. Szybko ugniatamy ziemniaki, odstawiamy do ostygnięcia i znowu możemy bawić się z dzieckiem. Gdy ziemniaki ostygną, bawimy się w przedziałki. Od teraz całą operację przeprowadzamy na ziemi.
- Weroniko, pomożesz mi podzielić ziemniaki?
- A ziemniaki?
- W garnku są. Czekają na podział.
- A podział?
- Chcą się poróżnić. Poróżnimy ziemniaki?
- Tak!

Dajemy dziecku względnie tępy nóż i pozwalamy ciachać ziemniaki. Potem szybko dzielimy je na cztery części, wygrzebujemy ćwiartkę, a dziecko wsypuje w to miejsce mąkę ziemniaczaną. Ma to wyglądać tak:


Teraz najtrudniejsza część: trzeba wszystko ugnieść. Bataty z natury słabo nadają się na kluski, więc czeka nas prawdziwa rzeźnia. Pozwalamy z całym problemem zmierzyć się dziecku. Dziecku się nie udaje. Dziecko jest brudne, brudna jest również podłoga i brudny jesteś Ty, drogi rodzicu, bo naiwnie próbowałeś ratować sytuację. Batatową breję próbujemy przerzucić na stolnicę lub silikonową podkładkę – preferuję to drugie, bo można łatwiej umyć. Prosimy dziecko, żeby podsypało mąką. Próbujemy utoczyć wszystko i zrobić z tego kulki. Nie uda nam się to, nie ma prawa się udać. Z każdą sekundą jest coraz gorzej, a właściwie lepiej, bo dziecko jest zachwycone. Możemy oczywiście próbować dawać coraz więcej i więcej mąki, ale efekt będzie taki, że wyjdzie batatowa guma do żucia. Zmieniamy zatem koncepcję.

- Weroniko, zrobimy lane kluski zamiast śląskich, bo z tego, co nam tu biega po podłodze, nie wyjdą śląskie.
- A śląskie? – dopytuje czujnie dziecko.
- Tam węgiel wydobywają. Na górnym.
- A górnym?
 - No właśnie musimy teraz na górę, wodę nastawić, zeskrobać z ziemi najwięcej jak się da i wrzucić na wrzątek.
- Ugaga, gojące! – krzyczy dziecko i zajmuje bezpieczną pozycję. W tym czasie, najszybciej jak umiemy, nastawiamy wodę w małym garnku (bo raczej niewiele nam się tego uzbiera), zbieramy batacie błoto i wrzucamy na wrzątek. Gotujemy chwilę  do wypłynięcia, ciągle mieszając. Dziecko może się już zniecierpliwić i zaatakować, dlatego zastawiamy się ciałem – tak jak w koszykówce; kto grał choć odrobinę, nie powinien mieć kłopotów. Dziecko może spróbować wykorzystać niski wzrost i przedostać się pod nogami; musimy być na to bardzo czujni.
- Weroniko, ja tu walczę, wrzątek chlapie! Kochanie nie atakuj mnie, nie podoba mi się to!
- A tata robi?
- Wyciągam lane kluski.
- Ika lubi kluski – dziecko biegnie po krzesełko do karmienia. W tym czasie próbujemy ogarnąć najwięcej jak się da, bo kuchnia wygląda jakby się w niej hipopotam zesrał, a przecież nie lubimy hipopotamów, bo są aroganckie, niegrzeczne i mordują więcej ludzi niż krokodyle, lwy, wilki i rekiny razem wzięte. Dziecko ciągnie już swoje krzesełko.
- A teraz opa! – próbujemy dziecko włożyć do krzesełka.
- Nie! Ika sama!
- Dobrze – zgadzamy się bez wahania. Mamy więcej czasu na sprzątanie, a i kręgosłup protestować nie powinien.

Dziecko przytargało swój stołeczek. Ze stołeczka wdrapuje się na krzesełko do karmienia i wygodnie usadawia. Podajemy dziecku lane kluski batatowe.
- Ika nie lubi – oświadcza po chwili dziecko i oddaje nam talerzyk. – Ika chce banana.

Cieszymy się. Będziemy mogli zjeść ciepły posiłek. Dziecku dajemy banana i zapamiętujemy, żeby więcej nie korzystać z tego przepisu.

7 komentarzy:

  1. Jakże to przypomina zajęcia, które prowadziłam dla niepełnosprawnej młodzieży w przedziale wiekowym od 2 do 30 lat... Zwykle na zajęciach było 5-6 osób żądnych wszystko zrobić samemu niezależnie od konsekwencji :)
    I do dziś się dziwią dlaczego nigdy nie gotowaliśmy tej samej potrawy dwa razy ;)
    Z maluchami też mi się zdarza gotować- jako ciocia mogę sobie pozwolić na takie szaleństwo, bo potem dzieci wracają do rodziców a ja przez 3 dni sprzątam, przez tydzień odpoczywam i leczę tiki nerwowe ;)
    Podziwiam dzielnego Tatę, podziwiam całym sercem!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mam dziecka, więc nie wiem jak to jest :) Ale wpis bardzo przydatny, pozdrawiam !

    OdpowiedzUsuń
  3. Najpiękniejsze wspomnienia właśnie z takich chwil zostają :)
    Bardzo i pełen miłości ciepły wpis. Pozdrawiam cieplutko :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Haha! Genialny post! :) Uśmiałam się jak rzadko! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Haha! Świetny post :D Dużo radości :D

    OdpowiedzUsuń