niedziela, 29 listopada 2015

Dwa lata




Antoni Słonimski pisał kiedyś tak: „Dzieci są zakałą ludzkości. Jest to klasa nie produkująca, pasożytnicza, uprzywilejowana, chorowita, samolubna, pozbawiona wychowania i wykształcenia, niegrzeczna i brudna.” Nie znam rodzica, który przynajmniej raz nie pomyślałby w ten sposób o swojej latorośli. Raz dziennie rzecz jasna. To, że dzieci zazwyczaj dożywają pełnoletności, świadczy jedynie o tym, jak potężną siłą jest miłość do własnego dziecka. Gdyby nie miłość, los tych najmniejszych z nas, tych hałaśliwych lecz bezbronnych, byłby naprawdę straszny.

Dwa lata z Weroniką o dziwo minęły szybko. Po pierwszym roku przestaliśmy karmić się złudzeniem, że wkrótce wszystko wróci do normy. Zrozumieliśmy, że to jest teraz nasza norma. Musieliśmy nauczyć się żyć w nowych realiach z uwzględnieniem temperamentu Weroniki, który determinował konkretne rozwiązania pedagogiczne. Przyjrzyjmy się zatem kilku losowo wybranym obszarom z naszego wspólnego, dwuletniego życia.

Podwórko

Weronika, jako dziecko ruchliwo-nadpobudliwo-zadziorne, jest na podwórku znaną personą. Przez pierwszy rok życia, nie licząc najbliższych członków rodziny, człowiek raczej nie wchodzi w wiele interakcji społecznych. Pierwsze miesiące leży na plecach, więc przyjaźni się z sufitem i karuzelkami, potem pełza na brzuchu pożerając kurz, gryząc kable i rozmawiając z butami, potem raczkuje i jest to dopiero pierwszy moment, w którym jako tako może zacząć poznawanie innych dzieci. Raczkowanie po podwórku jest jednak mocno ograniczane przez warunki atmosferyczne. Dlatego dopiero opanowanie sztuki chodzenia umożliwia małemu człowieczkowi intensywną socjalizację.
Weronika ma już swoją ferajnę. Jest Lenka, jest Ala, Krzysiu oczywiście, Franek też się zakręci czasem. Mógłbym wymieniać długo. W tym głośnym i ruchliwym środowisku dzieje się bardzo dużo. Są przyjaźnie, spory, przygody, ale przede wszystkim nie ma nudy. Oczywiście całe to towarzystwo trzeba stale nadzorować, bo bez nadzoru i obecności „kultury wyższej” budzą się demony.

Wychowywanie

Człowiek rodzi się z określonymi predyspozycjami. Można powiedzieć: z charakterem. Weronice w puli rozlosowywanej przez ewolucję trafiło się być człowiekiem niecierpliwym, ruchliwym, krzykliwym, emocjonalnym, nerwowym, towarzyskim itd. Niestety to, co dotychczas robiono z takimi dziećmi w kwestiach wychowawczych, można śmiało nazwać mordowaniem indywidualnych predyspozycji, celem stworzenia osobnika podporządkowanego i posłusznego obowiązującym normom. Nie chcieliśmy, aby taki los spotkał Weronikę. Rasowy high need baby wymaga umiejętnego poprowadzenia przez życie. Baliśmy się, że jeśli skorzystamy z tradycyjnych metod wychowawczych, to złamiemy w Weronice to, co w przyszłości byłoby jej atutem, jak choćby ciekawość, otwartość czy wytrwałość.

Postawiliśmy na rodzicielstwo bliskości i wychowanie bez nagród i kar (nie mylić z beztroskim). Jak na razie bez większych efektów, ale również bez żadnych strat. Rodzice starszych dzieci, którzy korzystają z tych metod twierdzą, że maluchy chwytają mniej więcej około czwartego, piątego roku życia. A to naprawdę dużo czasu, żeby zwątpić w te metody i zaprosić do domu Supernianię, która korzysta z przynoszących szybkie efekty karnych jeżyków i innych wynalazków, które tworzą grzeczną maszynkę bez marzeń i własnego zdania, gotową w przyszłości fantastycznie czuć się w korporacji lub z przyjemnością stać przy taśmie. I tylko gdzieś w zakamarkach mózgu takiego trybiku da się czasem usłyszeć głos zarżniętego za młodu dzieciątka: „Czy to tak miało być?! Naprawdę?!” Dlatego gdy przychodzą chwile słabości, odliczam w głowie do trzech i powtarzam sobie, że mam do czynienia z małpką i że kto panuje nad emocjami: ja czy małpka? Zazwyczaj pomaga to utrzymywać obrany kurs i nie oszaleć.

Wypadki

Wypadki chodzą po dzieciach jak Świadkowie Jehowy po domach. Niemniej, uznaję pierwsze dwa lata życia Weroniki za udane pod tym względem. Tylko dwie wizyty na pogotowiu, tylko jedna karetka i tylko trzy blizny (jedna z nich co prawda na nosie, ale mała). Sukces zagwarantowały nam żelazna prewencja, dobry słuch, szybkość i sprawność fizyczna.
Zdarzało się czasem, że któreś z nas (mama) położyło nóż czy wrzątek w zasięgu rąk Weroniki i nieszczęście było blisko. Weronika ma tajny radar, który informuje ją o wszystkich niebezpiecznych przedmiotach. Nie mieliśmy wyjścia i żeby więcej się już nie zapominać, wyznaczyliśmy w domu strefy bezpieczeństwa: „strefa beznożowa”, „strefa bezwrzątkowa” itp. Myślę, że między innymi dzięki temu wypadków było tak mało.



Jedzenie

Jemy zdrowo, a przynajmniej się staramy. Nie ma dobrego wychowania bez zdrowego odżywiania. Podstawowa zasada: unikamy cukru. Nie mam tu na myśli węglowodanów, ale zwykłego cukru z buraków cukrowych. Są trzy powody: cukier jest niezdrowy, powoduje próchnicę, a poza tym polskie cukrownie są w niemieckich rękach. Skoro zajeżdżam pod portugalski sklep japońskim samochodem, to chociaż cukier chciałbym kupić polski. A skoro nie ma, to nie kupuję.
Co zatem rządzi na naszych stołach, skoro unikamy cukru, który jest właściwie wszędzie? Rządzą produkty nieprzetworzone: kasze, warzywa, owoce itp. Czasem pojedzie się do prababci po kaczkę, jaja czy inne dobrodziejstwa. I jakoś się żyje. 



Weronika

Rosła podręcznikowo. Do ukończenia pierwszego roku życia potroiła wagę urodzeniową z małą górką, urosła i prawie nie chorowała. Przez drugi rok życia nieco się wydłużyła, zaczynając coraz bardziej przypominać człowieka. Przede wszystkim jej głowa nie wydaje się już taka wielka; zawsze mnie rozczulało, że jak podnosiła do góry ręce, to sięgała jedynie do czubka głowy. Teraz sięga nieco wyżej. Co ciekawe, mało przytyła. Drugi rok życia, to podobno intensywny rozwój mózgu, ciało schodzi na dalszy plan. Dlatego mogliśmy odetchnąć z wymienianiem całej garderoby co kilka miesięcy. Rada dla przyszłych rodziców: jak najmniej ubranek dla noworodków, bo wyrosną z nich w góra dwa miesiące.
Co do osobowości Weroniki, to nic się nie zmieniło. Wciąż jest to człowiek tornado, najgłośniejszy mieszkaniec naszego bloku, a zarazem bardzo wrażliwe stworzenie. Dzieci są niezwykle empatyczne. Gdy zdarzyło mi się przyrżnąć piszczelem w umywalkę i syknąć z bólu jak lokomotywa, to Weronika aż się popłakała. Takie właśnie jest to moje małe istnienie.

Prawidłowości

Są rzeczy, które potwierdzi każdy rodzic. Nie ma znaczenia gdzie żyjemy, w jakim mówimy języku i w co wierzymy, ale jeśli mamy w domu małe dziecko, to na pewno się nam to przytrafiło.
Dzieci wyłaniają się spod ziemi i wpadają pod nogi. Działa to mniej więc tak: stoję w kuchni, szybki rzut oka na Weronikę, skacze w pokoju po łóżku krzycząc: „Ika opa!”, a więc mam co najmniej trzy sekundy, sięgam po garnek, cofam się i taranuję Weronikę, która pokonała sześć metrów w pół sekundy, łamiąc po drodze wszystkie prawa fizyki. Tak to właśnie działa i potwierdzi to każdy rodzic.
Z toalety nie korzysta się samotnie. Po prostu nie wolno, nie da się. Drzwi do łazienki muszą być otwarte, trzeba relacjonować co się robi, czy już się to zrobiło, a nade wszystko należy pokazać jak się spuszcza wodę i jak wszystko znika – dzieci kochają te wodne mini spektakle.
To, co trzyma w rękach inne dziecko, jest przedmiotem najwyższego pożądania, jest świętym Graalem wśród zabawek, jest doskonałym powodem do rozpętania blitzkriegu, fizycznego naruszenia granic nietykalności wroga i szybkiej ucieczki. Wydaje mi się, że rodzice maluchów połowę czasu na podwórku spędzają na wyrywaniu z rąk własnych dzieci zrabowanych przedmiotów i oddawaniu innym dzieciom. Oznaką atrakcyjności przedmiotu jest to czy ktoś się tym bawi. I choćby się dzieciątko zabawiało psią kupą, to i tak wszystkie wokoło zapragną tej właśnie kupci i zrobią wszystko, by ją zdobyć. Prawo własności to dla dzieci czysta abstrakcja.
Z wiekiem wcale nie jest łatwiej. To jedna z najsmutniejszych prawidłowości. Kolega z pracy sprzeczał się kiedyś ze mną, że ja to mam fajnie na razie. Bo takie małe, to tylko nakarmić, wybawić i spać, i że prawdziwe troski, to zaczynają się, jak przychodzi dorastanie, imprezowanie. Siedzi się wtedy do późna w oknie i oczekuje powrotu córeczki. Niby wiesz, mówi do mnie, ufam i nie popadam w skrajności, ale troska gdzieś z tyłu głowy towarzyszy mi zawsze. I wtedy włączył się kolega Franek, góral z krwi i kości i trafnie podsumował, że małe dzieci nie dają spać, a duże dzieci nie dają żyć.

Co dalej?

A dalej będzie podszczypywanie. Będą książki o dalekich krainach, wielorybach i czarownicach na miotle. Będą długie wycieczki, podczas których będziemy lepić bałwany i wybierać w warzywniaku najlepsze marchewki. Nie zabraknie też choinki, którą przystroimy w nasze papierowe gwiazdki, co czekają już na kaloryferze. Będą orzechowe ciasteczka i traktory u „baby Eli”. Nie raz krzykniesz: „Tatuśku! Ysoko!”, a ja podrzucę Cię pod sam sufit. Będą wygłodniałe sikorki na naszym balkonie i te szare gałgany. Będzie śmiech, strach i płacz czasem nas odwiedzi. Na pewno nie będzie nudy.

sobota, 26 września 2015

Książki



Zawierzyliśmy opinii większości psychologów rozwojowych (jeśli się mylili, to ja ich znajdę) i od pierwszych miesięcy życia Weroniki postawiliśmy na książki - podobno doskonale działają na takie małe szkraby. Na początku były to jedynie czarno-białe obrazki, ale po jakimś czasie można było poszerzać intelektualne menu. Dzisiaj, chodząc po całym domu i wyciągając książki spod lodówki, łóżka, z kosza na pranie i dużego garnka doliczyłem mniej więcej stu dziesięciu pozycji. Jak na niecałe dwa lata, to niezły wynik.

Książki to bardzo męcząca rozrywka, szczególnie dla rodzica i nie ukrywam, że najchętniej wszystkie bym spalił i włączył Weronisi bajeczkę w telewizorze. Niestety nie mamy telewizora, a spalenie setki książek pochłonęłoby mnóstwo czasu. Dlatego kilka godzin dziennie pokornie śpiewam „My jesteśmy krasnoludki”, mówię głosem wilka oraz głosem wilka udającego babcię, jestem rozpędzającą się lokomotywą, wygłodniałą gąsienicą, śledzę ministranta z ulicy Czereśniowej, rozróżniam misie, szukam z Muminkiem zaginionych jabłek, skaczę jak Tygrysek, piję kakao jak Bobo i chrumkam jak Boluś – a Weronika uważnie mnie obserwuje i gdy tylko gdzieś się pomylę, natychmiast mnie karci. Powtórzę to jeszcze raz: jeśli te wszystkie mądre głowy, które nakłaniają rodziców do czytania dzieciom książek się pomyliły, i z Weroniki nie wyrośnie geniusz lub co najmniej bardzo sprawny intelektualnie człowiek, to ja ich naprawdę znajdę.

Przejdźmy zatem do samych książek. Postanowiłem zrobić mały przegląd tego, co czytamy, bo może akurat ktoś ma małego berbecia i zamiast puszczać mu bajeczki, woli przeczytać książkę. Nie jestem w stanie opisać całego naszego zbioru, dlatego pomijam polską klasykę, wszelkich Brzechwów i Tuwimów – tu nie ma co recenzować, ich po prostu trzeba mieć.


Pomelo

Zacznijmy od Pomela - Pomelo to francuska seria przygód małego słonia ogrodowego o wyjątkowo długiej trąbie. Bajeczka okraszona pięknymi rysunkami i absurdalnym humorem. Obrazki są dla dzieci, humor dla rodziców – to bardzo ważne, żeby rodzic podczas czytania się nie nudził, szczególnie gdy przychodzi mu czytać to samo kilka tysięcy razy; dosłownie. A oto nasze Pomelątka:




Maks

Kolejna seria, to Maks. Maks jest małym chłopcem i robi to, co robią mali chłopcy. Piękne obrazki, ale bardzo nudna fabuła. To znaczy nudna dla mnie, Weronika jest zachwycona i chciałaby iść śladami Maksa – czyli wchodzić na krzesła, przepędzać koty itp. Doskonała lektura dla małych dzieci; u starszaków raczej się nie sprawdzi.





Ulica Czereśniowa

Ulica Czereśniowa, to bestseller ostatnich lat. Przewracając strony poruszamy się wzdłuż ulicy i śledzimy losy różnych bohaterów. Wciąga jak metamfetamina. Prosty pomysł, naturalistyczne i łatwe dla oka obrazki, dużo szczegółów no i ministrant. Tak, tak – ministrant. Mamy z Weroniką taką teorię, że w części Wiosna na ulicy Czereśniowej na wieżę kościelną wchodzi ministrant. Podobno czeka tam na niego karton snickersów. Weronika żyje tą historią. Dzisiaj byliśmy na Brochowie, na placu zabaw, i gdy dzwony pobliskiego kościoła zaczęły bić dwunastą, Weronika zeskoczyła z huśtawki i pobiegła do kościoła ratować ministranta. To kolejna nauczka dla mnie jako rodzica: dzieci nie rozróżniają fikcji od rzeczywistości. 





Cynamon i Trusia

Poezja, a jak to z poezją bywa, gdy mamy do czynienia z przekładem, na pewno coś tracimy – nie wiem tylko ile i co, ponieważ oryginał jest po szwedzku. Do mnie wierszyki o chłopcu z kupą na głowie i zwęglonym króliku nie przemawiają, ale według recenzji wydawców są to wierszyki uczące nazywania emocji i wrażliwości. A to przecież bardzo ważne w wieku Weroniki uczyć się o własnych emocjach. Dlatego cierpliwie czytam każdy wierszyk. 


Muminki

Z Muminkami jest problem. Te, które teraz czytamy są bardziej oparte na japońskich kreskówkach niż na oryginalnych książkach i nie do końca zachowują klimat. Niemniej jednak to wciąż Muminki. Mała Mi to ulubiona postać Weroniki, która upatruje w tej małej, rezolutnej dziewczynce samej siebie – w ogóle mnie to nie dziwi. Nie wiem tylko dlaczego ja jestem Ryjkiem. 



Różności

Warto wspomnieć jeszcze o kilku książkach, które u nas nie występują seriami, ale również wzbogacają naszą biblioteczkę. Mała książka o kupie – edukacja sama w sobie. Ubranka Eli - uczymy się garderoby. Jest tam kto? – mroczna podroż przez bardzo dziwny dom. Raz, dwa, trzy, psy – rymujemy bez oporów i wstydu. Bardzo głodna gąsienica – bardzo głodna gąsienica. Binta tańczy to z kolei kwintesencja skandynawskiej literatury: tata o wyraźnie ciemniejszej karnacji ma z rdzenną Szwedką czwórkę dzieci. I co robi, żeby je wszystkie utrzymać? Bije w bęben. 



Dobre Bo Polskie


Polska literatura dziecięca nie ma się czego wstydzić. Oprócz naturalnej przewagi językowej są jeszcze swojskie kody kulturowe. Z polskiej grupy warto wymienić Rok w mieście. Podobny pomysł, co Czereśniowa – tyle tylko, że śledzimy całe miasto, miesiąc po miesiącu. Rysunki są trudne dla małego dziecka, męczą oczy, dlatego czekam z utęsknieniem, aż Weronika podrośnie i będzie w stanie dłużej przy tym posiedzieć, bo historia miasta jest niezwykła. Różnimisie, to lekcja o różnicach między misiami, ale nie tylko; książeczka genialna w swojej prostocie. A jeśli uczymy się liczyć, to Od 1 do 10 będzie idealną pozycją: „Dwa niedźwiedzie jedzą śledzie, dobrze się niedźwiedziom wiedzie!” Są jeszcze wiersze Michała Rusinka. Nie lubimy tych wierszy, chowamy książki gdzie tylko się da, ale Weronika zawsze je znajdzie i domaga się czytania. Na zdjęciu brakuje Mizielińskich – gdzieś się zagubili. Oszałamiające ilustracje, trochę jeszcze trudne dla Weroniki, ale dla starszych dzieci to zabawa na całe godziny. Mizielińscy to hit eksportowy naszej literatury, rzecz obowiązkowa.



 
Trójca Święta

Jeśli chodzi o mnie, to nasza biblioteczka mogłaby się składać tylko z tych książek. Księga dźwięków była nie tyle pierwszą książką, co pierwszą rzeczą, która przykuła uwagę Weroniki na dłużej niż minutę. Przez pierwsze kilka miesięcy życia nic nie potrafiło jej zainteresować, czasem coś chwyciła, obejrzała i zaraz wyrzucała. Książki szybko ją nudziły – wytrzymywała góra kilkanaście sekund. Aż nagle, około szóstego miesiąca, zaczęliśmy czytać jej Księgę dźwięków – to był strzał w dziesiątkę. Okazało się, że nasze dzieciątko potrafi wpatrywać się w coś ponad 10 minut i się nie ruszać – niebywałe dla nas odkrycie. Od tego momentu czytaliśmy jej to, wydając wszystkie możliwe odgłosy, codziennie po kilkanaście razy. Ratowało nas to wielokrotnie, gdy potrzebowaliśmy spokoju.  Lektura obowiązkowa.

A potem, mniej więcej po pierwszych urodzinach, nadeszła era Bobo. Bobo, to koszatniczka w wieku około dwóch lat, która zachowuje się i robi dokładnie to, co robią dwuletnie dzieci. Proste historyjki, łatwe, krótkie zdania i niebiesko-pomarańczowe ilustracje tworzą z Bobo książkę najgenialniejszą pod słońcem. Klasyka w krajach niemieckojęzycznych. U nas raczej nieznana, a szkoda. Próbowałem orientacyjnie policzyć, ile razy mogłem przeczytać Bobo i wyszło mi, że jakieś tysiąc, może tysiąc sto razy. Weronika wciąż kocha tę książkę. Są czasem poranki, że schodzi nieprzytomna z łóżka i po omacku ściąga z półki książkę, by za moment nas nią okładać. Jeszcze śpiąc, wiemy że jest to Bobo i cieszymy się, że ma miękką okładkę.

Ależ, Bolusiu! Boluś to literatura zaawansowana, ze skomplikowaną fabułą, dla koneserów, dla smakoszy. Śledzenie przygód tego małego prosiaka, to jak oglądanie dobrej komedii. Osobiście jestem w tej książce zakochany; gdyby Boluś był prawdziwy po prostu bym go zjadł, a w przyrządzenie włożyłbym całe swoje serce i kulinarny talent. Podziwiam każdy grymas Bolusia, ruch raciczką, zachwycam się uporem i konsekwencją. Jest kilka części. Na razie mamy dwie, ale docelowo zdobędziemy wszystkie. Koniecznie.


Ostatnio na nasze salony wkroczył Pettson – sympatyczny staruszek i jego kot, który kocha naleśniki. Zdaje się, że będzie to kolejny hit. Mam nadzieję, że całe to nasze czytanie jakoś się opłaci. A jeśli nawet nic pożytecznego z tego nie wyjdzie, to przynajmniej będzie to klawo spędzony wspólnie czas.
 

piątek, 18 września 2015

Bunt dwulatka






Gdy kilka miesięcy temu Weronika z wymagającego zwierzątka przeobraziła się w łaknącego krwi, bólu i cierpienia małego człowieczka, w ogóle się nie zdziwiłem. Wiedziałem, że bunt dwulatka nadejdzie i wiedziałem, że w przypadku high need baby wszystko jest razy dwa lub trzy; albo cztery. W przypadku Weroniki razy trylion.

Bunt dwulatka, to w skrócie narodziny woli, własnego ja, pierwszy poważny krok do samoświadomości i niezależności. Problem polega na tym, że takie maluszki nie bardzo radzą sobie z regulowaniem własnych emocji, co sprawia, że jakakolwiek próba narzucenia obcej władzy, kończy się krzykiem, płaczem, tupaniem, pluciem i całą paletą zachowań rodem z zakładów psychiatrycznych. Rolą rodzica w takiej sytuacji jest przeżyć.  
           
Dorośli też mają czasem problemy z własnymi emocjami i często jest to wynik nieodpowiedniego postępowania z czasów własnego buntu dwulatka. Ktoś za bardzo tłumił – jesteśmy w dorosłym życiu podatni i ulegli. Ktoś dał się nam sponiewierać, pobłażał, nie postawił granic – jesteśmy nieufni i niepewni, nie wiemy czego można oczekiwać od świata. Dlatego odpowiednie przejście tego etapu, to prawdziwy sprawdzian dla rodzica.

Pamiętam dokładnie jak to się zaczęło. Weronika od maleńkości pokazywała charakterek, owszem, potrafiła wyraźnie komunikować swoje potrzeby, ale w razie odmowy można ją było szybko spacyfikować. Gdy na przykład rzucała się zabrać lalkę Igi, zawsze mogłem szybko podbiec i powiedzieć: „Zobacz! Tam jest brama! Chodź zobaczymy co jest w środku, sama wbijesz kod i otworzysz drzwi!”. Weronika wtedy odpuszczała, Iga z lalką uciekały przerażone, a my szliśmy zwiedzać piwnice czy klatki schodowe. Pierwszy wybuch na szczęście ominął wrażliwą Igę i na szczęście przypadł w udziale niewzruszonemu Krzysztofowi (swoją drogą wiążę z tym chłopakiem spore nadzieje, ale ciii, żadnej presji, żadnego swatania). Spacerował akurat ze swoją kosiareczką i poprawiał fuszerkę po panach od zieleni. Weronika również zapragnęła chodzić z fantastyczną kosiareczką, tyle tylko, że postanowiła powyrywać jej fantastyczne kółeczka, które gdzieś w dalekiej Azji montowali w pocie czoła jej niewiele starsi, ale już doświadczeni życiem koledzy i koleżanki. I tutaj niestety musiałem wkroczyć: raczej nie pozwala się swoim dzieciom na psucie zabawek cudzych dzieci; własne proszę bardzo, ale cudzych nie niszczymy. I wtedy nastąpiła erupcja.

Jeszcze nie wiedziałem, że właśnie rodzi się człowiek, że człowiek postanowił mieć własne zdanie, a ja, postanawiając mieć zdanie odmienne, stałem się człowieczka śmiertelnym wrogiem. Gdy po kilkunastu sekundach dalej tupała, zaciskając pięści i piszcząc, zacząłem się niepokoić. Nic nie pomagało, żadne odwracanie uwagi, że zobacz kominiarz, a tam śmieciarka, o samolot leci – nic. Weronika rozkręcała się z każdą minutą i im bardziej odciągałem ją od demontażu fantastycznych kółeczek, tym bardziej się rzucała i wyzywała mnie w swoim języku. Trwało to prawie 10 minut. Niby mało, ale spróbujcie postać przy płacząco-wierzgającym dwulatku minutę, to szybko zrozumiecie, jak bardzo jest to męczące. Przy okazji odkryjecie nowe ośrodki nerwowe we własnym mózgu.

Ostatecznie uciekłem z podwórka, rzucając Krzysiowi zdezorientowane spojrzenie, że właściwie nie wiem, co się dzieje i idę zobaczyć do domu, czy to wciąż moja córka (trzeba utrzymywać dobrą relację z przyszłym zięciem, ale ciii). W domu wrzuciłem Weronikę do wanny, bo akurat było gorąco i z tego co pamiętałem, do niedawna coś, co było moim dzieckiem, kochało się kąpać. Patrzyłem na rozdygotane ciałko Weronisi, która teraz ze zmęczenia już tylko szlochała i od czasu do czasu ciskała we mnie jakimś swoim bluzgiem, i nagle mnie olśniło: to ona nie wie, co się dzieje. To w niej rośnie niepodległa istota i każdym skrawkiem próbuje rozszarpać świat na strzępy, jeśli tylko ktoś lub coś jej się sprzeciwi. A przecież to właśnie miało miejsce! Zrobiło mi się jej żal. Wyciągnąłem ją z wanny, owinąłem ręcznikiem i patrząc prosto w zdezorientowane, wściekłe, mokre oczka zapytałem:
            - Chcesz się przytulić?
Od razu wpadła mi w ramiona. Po kilku chwilach wyszarpnęła się i pobiegła po Pomelcia, żeby jej przeczytać. Po erupcji nie było śladu.

Od tego momentu nasze życie zamieniło się w niestanne balansowanie, niekończące się negocjacje. Gdy widzimy nadciągający wybuch mamy dosłownie chwilę, by ocenić czy możemy na coś pozwolić, czy nie. Jeśli pozwolimy, a potem się okaże, że jednak nie pozwalamy, bo sprawy poszły w innym kierunku niż chcieliśmy, trzeba niestety frustrację i gniew Weroniki wziąć na siebie. Ponadto czasem nie wiemy, kiedy przyjdzie wybuch. Ostatnio wracamy ze spaceru i otworzyłem drzwi…bardzo potem tego żałowałem. Weronika natychmiast w krzyk, płacz, że „Ika! Ika!”, zamknąłem szybko i mówię, żeby sobie otworzyła, że proszę bardzo, ale było już za późno. W całej rozciągłości czasoprzestrzeni, we wszystkich wymiarach, to otwarcie drzwi było jedyne w swoim rodzaju i ja jej to zabrałem. Zbrodnia przeciwko ludzkości jakiej świat nie widział. Oczywiście musiała wszystko wypłakać, a potem utonąć w objęciach.

Po tych kilku miesiącach mamy jednak większość rzeczy opanowanych. Mieszkanie mieliśmy już wcześniej dosyć dobrze zabezpieczone (w trakcie buntu dwulatka maluchy zwielokrotniają próby samobójcze), więc wystarczyło pochować krzesła, na które nagle zaczęła się wspinać i rzucać na główkę. Niestety, nigdzie nie mogę doczytać jak długo trwa taki bunt. Mało tego, ostatnio zostałem nastraszony przez mamę pięciolatki, że bunt dwulatka nie jest wcale taki straszny i żebym poczekał na bunt czterolatka. Zaśmiałem się i mówię, że chyba nie będzie tak źle, a potem szybciutko do domu, wujek google, bo przecież nie ma czegoś takiego jak bunt czterolatka i ktoś sobie jaja ze mnie robi, ale niestety nie. Po raz kolejny czekam z utęsknieniem.