niedziela, 17 stycznia 2016

Z mówieniem mi do twarzy



Weszliśmy z Weroniką do małego warzywniaka. Cel – zupa warzywna. Wybrałem dorodnego selera i podałem mojemu małemu pomocnikowi.
            - Zaniesiesz panu? Niech już nam kasuje – poprosiłem, a Weronisia dziarsko pomaszerowała do lady.
            - Do dupy! – zakrzyknęła radośnie i szybko wróciła po pietruszki. Spojrzałem ukosem na właściciela, ale tylko się uśmiechnął. Weronika wyrwała mi z rąk pietruszki i znowuż poleciała do lady.
            - Do dupy!
            - Nie no – odezwał się wreszcie właściciel – chyba nie są takie złe.
Weronika spłoszyła się nieco i podbiegła do mnie.
            - To też – podałem jej marchew i pora. Podeszliśmy razem i ostrożnie położyła pozostałe warzywa. Odwróciła się, przytuliła do mojej nogi i pod noskiem cichutko dodała:
            - Do dupy.

Opanowanie mowy, to jeden z przełomowych momentów w rozwoju człowieka – jeśli nie najważniejszy. Jest to proces długi, trudny i windujący nasz gatunek wysoko ponad inne. Od pierwszego słowa do pełnych zdań mogą minąć nawet dwa lata. Do dzisiaj nikt nie wie, jak to właściwie było z tym mówieniem. Spierają się teoretycy ewolucyjnego początku naszej komunikacji z różnej maści kreacjonistami; bliżsi mi są ci pierwsi, ale również krypto kreacjoniści, jak Chomsky, mają ciekawe koncepcje - właściwie z pogranicza obu obozów. Teorię pozostawiam jednak uczonym, wolę skupić się na moim malutkim, dwuletnim eksperymencie, który pozwala mi codziennie stawiać coraz mądrzejsze pytania; a czasem nawet znaleźć jakąś odpowiedź! W ogóle polecam robienie dzieci naukowcom: socjologom, lingwistom, antropologom i innym. Takie dziecko, z doświadczalnego punktu widzenia, to skarb. Ale wróćmy do Weroniki.

Uważnie obserwuję zmagania Weroniki z nauką mówienia. Trzeba to sobie otwarcie powiedzieć: być małym człowieczkiem w Polsce i uczyć się naszego języka, to wcale nie jest prosta sprawa. Największą zmorą polskiego malucha jest siedem przypadków. Ile to się Weronika czasem nastrzela, zanim wreszcie trafi.
            - Ika daje kaśki misiu…misia…misiowi.
Czasem jej pomagam, a czasem nie. Niech kombinuje, ja do dzisiaj nie wiem, jak się odmienia niektóre słowa. To zadziwiające, że takie małe pędraki wychwytują w ogóle coś takiego jak konieczność odmieniania. Ja po ośmiu latach nauki niemieckiego korzystałem tylko z nominativu…nominativa.
O dziwo dzieci dosyć dobrze radzą sobie z naszym szeleszczeniem, wszelkie „dzi”, „dź”, „si”, „ć”, „sz” idą łatwo, ale już zwykłe „r”, to spory problem. Co bardziej złośliwi rodzice proszą swoje dzieci, żeby powiedziały „rebus” – stare jak świat, ale w wykonaniu własnego dziecka bawi szczególnie. Tak słyszałem.

Dzieci mają również skłonności do słowotwórstwa; takie małe Mironki Białoszewskie z nich. Moim ulubionym neologizmem Weroniki jest tryb rozkazujący od „umieć”. Weronika lata wciąż za mną i pokrzykuje: „Tato um!”, gdy po raz kolejny wykręcam się i mówię, że już nie umiem robić pompek z nią na plecach i że ostatnie trzydzieści musi starczyć nam na tydzień. Z kolei ulubionym słowem Weroniki jest słowo „nie”; wciąż. Doszło do tego, że nawet gdy na coś się zgadza, to i tak musi powiedzieć nie. Na przykład:
            - To co Weronika? Idziemy do Lenki?
            - Nie! Ika idzie do Lenki – i biegnie zakładać buty. 

I jeszcze jedno: dzieci traktują język niezwykle poważnie. Tutaj nie ma miejsca na pomyłki i lekceważące podejście ze strony dorosłych, jak na przykład mylenie liczby pojedynczej z mnogą. Weronika wraca ostatnio ze spaceru i mama mówi do mnie, że oglądały sobie „sanki i rowerki”. Weronika w krzyk.
            - Nie! Nie! Jowejek!
            - Jeden tylko rowerek był? – dopytuję.
            - Jeden.

Ktoś może zapytać…po co właściwie dzieciom język? W przypadku mojej córki odpowiedź może być tylko jedna: aby śpiewać „Ludu mój ludu”. Jestem przekonany, że jest to rodzaj karmy. Wychowywana przez rodziców ateistów, nieochrzczona, musiała zakochać się w pieśniach religijnych i krzyżach, których u nas przecież nie brakuje. A jak wytłumaczyłem jej, że Jezusek, który wisi na krzyżu, to ten sam, co w piosence, to już w ogóle zwariowała na jego punkcie. Lubi także zwykłe kolędy, ale „Ludu mój ludu” bije wszystko na głowę. Śpiewała nam przez całe minione, jakże radosne, święta. 

piątek, 8 stycznia 2016

Lenka



Zawsze zastanawiało mnie, w którym miejscu rodzi się przyjaźń. Gdzie przebiega ta granica, po której przekroczeniu mówimy do drugiego człowieka: przyjacielu. Dotąd uważałem, że silne przywiązanie, to rodzaj umowy, podobnych zainteresowań czy wspólnych przeżyć. Jednak obserwowanie dwóch przesłodkich małpek z mojego otoczenia, każe mi sądzić, że przyjaźń może mieć również podłoże genetyczne.
Pamiętam kiedy pierwszy raz usłyszałem o Lence. Weronisia wróciła właśnie ze spaceru, jakaś taka inna, rozpromieniona. I dopiero mama wyjaśniła mi, co mogło ją tak rozruszać.

            - Jest taka jedna dziewczynka na dworze i ona jest taka sama jak Weronika.
            - Jak taka sama? Też rzeźnik? – nie mogłem uwierzyć.
            - Też. Nie może w wózku usiedzieć, wciąż coś sapie, piszczy, nic jej nie pasuje. No mówię ci, jak Weronika.

Odkąd tylko się poznały, jedna już wpływała na drugą. Nie mam wątpliwości, że musi to być rodzaj jakiegoś energetycznego dopasowania; rzecz bardzo rzadka. Oczywiście jest to przyjaźń w wydaniu mało-dziecięcym. Nie raz lecą grube łzy, konflikt pogania konflikt, ale dziewczęta zawsze szybko się godzą i jedna bez drugiej żyć nie może. A jaki dramat jak trzeba się rozstać i wrócić do domu! Odgłosy, jakby ktoś maciorę ze skóry żywcem obdzierał.

Z uwielbieniem obserwuję, jak bawią się na dworze, a inne dzieci nie wiedzą, co się dzieje. Niektóre szkraby próbują do nich dołączyć, piszczeć jak one i biegać po bramach i po krzakach, ale próby te są z góry skazane na niepowodzenie; coś jak biały w finale na 100 metrów: nie można odmówić mu chęci, ale przecież wszyscy wiemy, jak to się skończy. Pamiętajmy zresztą, że świat małych dzieci, to świat bardzo intensywnych emocji i bodźców. Weronika z Lenką wydają taką ilość odgłosów i tak szybko się przemieszczają, że mózgi innych dzieci po prostu się zacinają.

Czasem sobie myślę, że gdyby nawet w przyszłości zdarzyło im się latać po całym świecie, mijać się i nie spotykać, to i tak zawsze jedna będzie mogła bez obaw zadzwonić do drugiej. Nie po radę, nie, zupełnie nie po to. Bo widzicie, przyjaźń idealna, to przyjaźń zbudowana na krystalicznie czystej empatii, bez odruchowego moralizatorstwa i doradztwa, bez współczucia, którego głównym celem jest udobruchanie naszego sumienia. Jedna do drugiej zadzwoni wyłącznie po to, żeby usłyszeć, że tam daleko jest ktoś bardzo podobny do niej. A tak mogłaby wyglądać przykładowa rozmowa; z losowym podziałem na role:

            - Cześć! Gdzie teraz jesteś? Co robisz?
            - W Kanadzie sobie siedzę. Foki garbuję. A u ciebie co?
            - Aa, wciąż w Tokyo. Optymalizuję pracę materiału ludzkiego.
            - Krzyczysz i poganiasz?
            - Głównie. Wiesz jacy oni są powolni?


Z mojej strony chciałbym Wam dziewczęta życzyć wytrwałości w kruszeniu porządku zastanego świata. A jeśli jakimś cudem zajrzycie tu za lat dwadzieścia, to macie filmik. Takie z was ancymonki.