niedziela, 29 listopada 2015

Dwa lata




Antoni Słonimski pisał kiedyś tak: „Dzieci są zakałą ludzkości. Jest to klasa nie produkująca, pasożytnicza, uprzywilejowana, chorowita, samolubna, pozbawiona wychowania i wykształcenia, niegrzeczna i brudna.” Nie znam rodzica, który przynajmniej raz nie pomyślałby w ten sposób o swojej latorośli. Raz dziennie rzecz jasna. To, że dzieci zazwyczaj dożywają pełnoletności, świadczy jedynie o tym, jak potężną siłą jest miłość do własnego dziecka. Gdyby nie miłość, los tych najmniejszych z nas, tych hałaśliwych lecz bezbronnych, byłby naprawdę straszny.

Dwa lata z Weroniką o dziwo minęły szybko. Po pierwszym roku przestaliśmy karmić się złudzeniem, że wkrótce wszystko wróci do normy. Zrozumieliśmy, że to jest teraz nasza norma. Musieliśmy nauczyć się żyć w nowych realiach z uwzględnieniem temperamentu Weroniki, który determinował konkretne rozwiązania pedagogiczne. Przyjrzyjmy się zatem kilku losowo wybranym obszarom z naszego wspólnego, dwuletniego życia.

Podwórko

Weronika, jako dziecko ruchliwo-nadpobudliwo-zadziorne, jest na podwórku znaną personą. Przez pierwszy rok życia, nie licząc najbliższych członków rodziny, człowiek raczej nie wchodzi w wiele interakcji społecznych. Pierwsze miesiące leży na plecach, więc przyjaźni się z sufitem i karuzelkami, potem pełza na brzuchu pożerając kurz, gryząc kable i rozmawiając z butami, potem raczkuje i jest to dopiero pierwszy moment, w którym jako tako może zacząć poznawanie innych dzieci. Raczkowanie po podwórku jest jednak mocno ograniczane przez warunki atmosferyczne. Dlatego dopiero opanowanie sztuki chodzenia umożliwia małemu człowieczkowi intensywną socjalizację.
Weronika ma już swoją ferajnę. Jest Lenka, jest Ala, Krzysiu oczywiście, Franek też się zakręci czasem. Mógłbym wymieniać długo. W tym głośnym i ruchliwym środowisku dzieje się bardzo dużo. Są przyjaźnie, spory, przygody, ale przede wszystkim nie ma nudy. Oczywiście całe to towarzystwo trzeba stale nadzorować, bo bez nadzoru i obecności „kultury wyższej” budzą się demony.

Wychowywanie

Człowiek rodzi się z określonymi predyspozycjami. Można powiedzieć: z charakterem. Weronice w puli rozlosowywanej przez ewolucję trafiło się być człowiekiem niecierpliwym, ruchliwym, krzykliwym, emocjonalnym, nerwowym, towarzyskim itd. Niestety to, co dotychczas robiono z takimi dziećmi w kwestiach wychowawczych, można śmiało nazwać mordowaniem indywidualnych predyspozycji, celem stworzenia osobnika podporządkowanego i posłusznego obowiązującym normom. Nie chcieliśmy, aby taki los spotkał Weronikę. Rasowy high need baby wymaga umiejętnego poprowadzenia przez życie. Baliśmy się, że jeśli skorzystamy z tradycyjnych metod wychowawczych, to złamiemy w Weronice to, co w przyszłości byłoby jej atutem, jak choćby ciekawość, otwartość czy wytrwałość.

Postawiliśmy na rodzicielstwo bliskości i wychowanie bez nagród i kar (nie mylić z beztroskim). Jak na razie bez większych efektów, ale również bez żadnych strat. Rodzice starszych dzieci, którzy korzystają z tych metod twierdzą, że maluchy chwytają mniej więcej około czwartego, piątego roku życia. A to naprawdę dużo czasu, żeby zwątpić w te metody i zaprosić do domu Supernianię, która korzysta z przynoszących szybkie efekty karnych jeżyków i innych wynalazków, które tworzą grzeczną maszynkę bez marzeń i własnego zdania, gotową w przyszłości fantastycznie czuć się w korporacji lub z przyjemnością stać przy taśmie. I tylko gdzieś w zakamarkach mózgu takiego trybiku da się czasem usłyszeć głos zarżniętego za młodu dzieciątka: „Czy to tak miało być?! Naprawdę?!” Dlatego gdy przychodzą chwile słabości, odliczam w głowie do trzech i powtarzam sobie, że mam do czynienia z małpką i że kto panuje nad emocjami: ja czy małpka? Zazwyczaj pomaga to utrzymywać obrany kurs i nie oszaleć.

Wypadki

Wypadki chodzą po dzieciach jak Świadkowie Jehowy po domach. Niemniej, uznaję pierwsze dwa lata życia Weroniki za udane pod tym względem. Tylko dwie wizyty na pogotowiu, tylko jedna karetka i tylko trzy blizny (jedna z nich co prawda na nosie, ale mała). Sukces zagwarantowały nam żelazna prewencja, dobry słuch, szybkość i sprawność fizyczna.
Zdarzało się czasem, że któreś z nas (mama) położyło nóż czy wrzątek w zasięgu rąk Weroniki i nieszczęście było blisko. Weronika ma tajny radar, który informuje ją o wszystkich niebezpiecznych przedmiotach. Nie mieliśmy wyjścia i żeby więcej się już nie zapominać, wyznaczyliśmy w domu strefy bezpieczeństwa: „strefa beznożowa”, „strefa bezwrzątkowa” itp. Myślę, że między innymi dzięki temu wypadków było tak mało.



Jedzenie

Jemy zdrowo, a przynajmniej się staramy. Nie ma dobrego wychowania bez zdrowego odżywiania. Podstawowa zasada: unikamy cukru. Nie mam tu na myśli węglowodanów, ale zwykłego cukru z buraków cukrowych. Są trzy powody: cukier jest niezdrowy, powoduje próchnicę, a poza tym polskie cukrownie są w niemieckich rękach. Skoro zajeżdżam pod portugalski sklep japońskim samochodem, to chociaż cukier chciałbym kupić polski. A skoro nie ma, to nie kupuję.
Co zatem rządzi na naszych stołach, skoro unikamy cukru, który jest właściwie wszędzie? Rządzą produkty nieprzetworzone: kasze, warzywa, owoce itp. Czasem pojedzie się do prababci po kaczkę, jaja czy inne dobrodziejstwa. I jakoś się żyje. 



Weronika

Rosła podręcznikowo. Do ukończenia pierwszego roku życia potroiła wagę urodzeniową z małą górką, urosła i prawie nie chorowała. Przez drugi rok życia nieco się wydłużyła, zaczynając coraz bardziej przypominać człowieka. Przede wszystkim jej głowa nie wydaje się już taka wielka; zawsze mnie rozczulało, że jak podnosiła do góry ręce, to sięgała jedynie do czubka głowy. Teraz sięga nieco wyżej. Co ciekawe, mało przytyła. Drugi rok życia, to podobno intensywny rozwój mózgu, ciało schodzi na dalszy plan. Dlatego mogliśmy odetchnąć z wymienianiem całej garderoby co kilka miesięcy. Rada dla przyszłych rodziców: jak najmniej ubranek dla noworodków, bo wyrosną z nich w góra dwa miesiące.
Co do osobowości Weroniki, to nic się nie zmieniło. Wciąż jest to człowiek tornado, najgłośniejszy mieszkaniec naszego bloku, a zarazem bardzo wrażliwe stworzenie. Dzieci są niezwykle empatyczne. Gdy zdarzyło mi się przyrżnąć piszczelem w umywalkę i syknąć z bólu jak lokomotywa, to Weronika aż się popłakała. Takie właśnie jest to moje małe istnienie.

Prawidłowości

Są rzeczy, które potwierdzi każdy rodzic. Nie ma znaczenia gdzie żyjemy, w jakim mówimy języku i w co wierzymy, ale jeśli mamy w domu małe dziecko, to na pewno się nam to przytrafiło.
Dzieci wyłaniają się spod ziemi i wpadają pod nogi. Działa to mniej więc tak: stoję w kuchni, szybki rzut oka na Weronikę, skacze w pokoju po łóżku krzycząc: „Ika opa!”, a więc mam co najmniej trzy sekundy, sięgam po garnek, cofam się i taranuję Weronikę, która pokonała sześć metrów w pół sekundy, łamiąc po drodze wszystkie prawa fizyki. Tak to właśnie działa i potwierdzi to każdy rodzic.
Z toalety nie korzysta się samotnie. Po prostu nie wolno, nie da się. Drzwi do łazienki muszą być otwarte, trzeba relacjonować co się robi, czy już się to zrobiło, a nade wszystko należy pokazać jak się spuszcza wodę i jak wszystko znika – dzieci kochają te wodne mini spektakle.
To, co trzyma w rękach inne dziecko, jest przedmiotem najwyższego pożądania, jest świętym Graalem wśród zabawek, jest doskonałym powodem do rozpętania blitzkriegu, fizycznego naruszenia granic nietykalności wroga i szybkiej ucieczki. Wydaje mi się, że rodzice maluchów połowę czasu na podwórku spędzają na wyrywaniu z rąk własnych dzieci zrabowanych przedmiotów i oddawaniu innym dzieciom. Oznaką atrakcyjności przedmiotu jest to czy ktoś się tym bawi. I choćby się dzieciątko zabawiało psią kupą, to i tak wszystkie wokoło zapragną tej właśnie kupci i zrobią wszystko, by ją zdobyć. Prawo własności to dla dzieci czysta abstrakcja.
Z wiekiem wcale nie jest łatwiej. To jedna z najsmutniejszych prawidłowości. Kolega z pracy sprzeczał się kiedyś ze mną, że ja to mam fajnie na razie. Bo takie małe, to tylko nakarmić, wybawić i spać, i że prawdziwe troski, to zaczynają się, jak przychodzi dorastanie, imprezowanie. Siedzi się wtedy do późna w oknie i oczekuje powrotu córeczki. Niby wiesz, mówi do mnie, ufam i nie popadam w skrajności, ale troska gdzieś z tyłu głowy towarzyszy mi zawsze. I wtedy włączył się kolega Franek, góral z krwi i kości i trafnie podsumował, że małe dzieci nie dają spać, a duże dzieci nie dają żyć.

Co dalej?

A dalej będzie podszczypywanie. Będą książki o dalekich krainach, wielorybach i czarownicach na miotle. Będą długie wycieczki, podczas których będziemy lepić bałwany i wybierać w warzywniaku najlepsze marchewki. Nie zabraknie też choinki, którą przystroimy w nasze papierowe gwiazdki, co czekają już na kaloryferze. Będą orzechowe ciasteczka i traktory u „baby Eli”. Nie raz krzykniesz: „Tatuśku! Ysoko!”, a ja podrzucę Cię pod sam sufit. Będą wygłodniałe sikorki na naszym balkonie i te szare gałgany. Będzie śmiech, strach i płacz czasem nas odwiedzi. Na pewno nie będzie nudy.

3 komentarze:

  1. Jesteś wspaniałą mamą i równie wspaniałą pisarką. Chyba wszystko co robisz, robisz z sercem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zastanawiam się czy bardzo zepsuję ten komplement, jeśli napiszę, że właściwie jestem mężczyzną.

      Usuń
  2. Młoda ma duże potrzeby, ale z tak dzielnymi rodzicami, z tak mądrym (szczególnie emocjonalnie) Tatą nie zginie :)
    Mierzi mnie wciskanie dzieci w bzdurne ramki systemów- czytanie o Was jest jak powiew nadziei, że wcale pociech nie trzeba tłamsić.
    Gratuluję!

    OdpowiedzUsuń