piątek, 18 września 2015

Bunt dwulatka






Gdy kilka miesięcy temu Weronika z wymagającego zwierzątka przeobraziła się w łaknącego krwi, bólu i cierpienia małego człowieczka, w ogóle się nie zdziwiłem. Wiedziałem, że bunt dwulatka nadejdzie i wiedziałem, że w przypadku high need baby wszystko jest razy dwa lub trzy; albo cztery. W przypadku Weroniki razy trylion.

Bunt dwulatka, to w skrócie narodziny woli, własnego ja, pierwszy poważny krok do samoświadomości i niezależności. Problem polega na tym, że takie maluszki nie bardzo radzą sobie z regulowaniem własnych emocji, co sprawia, że jakakolwiek próba narzucenia obcej władzy, kończy się krzykiem, płaczem, tupaniem, pluciem i całą paletą zachowań rodem z zakładów psychiatrycznych. Rolą rodzica w takiej sytuacji jest przeżyć.  
           
Dorośli też mają czasem problemy z własnymi emocjami i często jest to wynik nieodpowiedniego postępowania z czasów własnego buntu dwulatka. Ktoś za bardzo tłumił – jesteśmy w dorosłym życiu podatni i ulegli. Ktoś dał się nam sponiewierać, pobłażał, nie postawił granic – jesteśmy nieufni i niepewni, nie wiemy czego można oczekiwać od świata. Dlatego odpowiednie przejście tego etapu, to prawdziwy sprawdzian dla rodzica.

Pamiętam dokładnie jak to się zaczęło. Weronika od maleńkości pokazywała charakterek, owszem, potrafiła wyraźnie komunikować swoje potrzeby, ale w razie odmowy można ją było szybko spacyfikować. Gdy na przykład rzucała się zabrać lalkę Igi, zawsze mogłem szybko podbiec i powiedzieć: „Zobacz! Tam jest brama! Chodź zobaczymy co jest w środku, sama wbijesz kod i otworzysz drzwi!”. Weronika wtedy odpuszczała, Iga z lalką uciekały przerażone, a my szliśmy zwiedzać piwnice czy klatki schodowe. Pierwszy wybuch na szczęście ominął wrażliwą Igę i na szczęście przypadł w udziale niewzruszonemu Krzysztofowi (swoją drogą wiążę z tym chłopakiem spore nadzieje, ale ciii, żadnej presji, żadnego swatania). Spacerował akurat ze swoją kosiareczką i poprawiał fuszerkę po panach od zieleni. Weronika również zapragnęła chodzić z fantastyczną kosiareczką, tyle tylko, że postanowiła powyrywać jej fantastyczne kółeczka, które gdzieś w dalekiej Azji montowali w pocie czoła jej niewiele starsi, ale już doświadczeni życiem koledzy i koleżanki. I tutaj niestety musiałem wkroczyć: raczej nie pozwala się swoim dzieciom na psucie zabawek cudzych dzieci; własne proszę bardzo, ale cudzych nie niszczymy. I wtedy nastąpiła erupcja.

Jeszcze nie wiedziałem, że właśnie rodzi się człowiek, że człowiek postanowił mieć własne zdanie, a ja, postanawiając mieć zdanie odmienne, stałem się człowieczka śmiertelnym wrogiem. Gdy po kilkunastu sekundach dalej tupała, zaciskając pięści i piszcząc, zacząłem się niepokoić. Nic nie pomagało, żadne odwracanie uwagi, że zobacz kominiarz, a tam śmieciarka, o samolot leci – nic. Weronika rozkręcała się z każdą minutą i im bardziej odciągałem ją od demontażu fantastycznych kółeczek, tym bardziej się rzucała i wyzywała mnie w swoim języku. Trwało to prawie 10 minut. Niby mało, ale spróbujcie postać przy płacząco-wierzgającym dwulatku minutę, to szybko zrozumiecie, jak bardzo jest to męczące. Przy okazji odkryjecie nowe ośrodki nerwowe we własnym mózgu.

Ostatecznie uciekłem z podwórka, rzucając Krzysiowi zdezorientowane spojrzenie, że właściwie nie wiem, co się dzieje i idę zobaczyć do domu, czy to wciąż moja córka (trzeba utrzymywać dobrą relację z przyszłym zięciem, ale ciii). W domu wrzuciłem Weronikę do wanny, bo akurat było gorąco i z tego co pamiętałem, do niedawna coś, co było moim dzieckiem, kochało się kąpać. Patrzyłem na rozdygotane ciałko Weronisi, która teraz ze zmęczenia już tylko szlochała i od czasu do czasu ciskała we mnie jakimś swoim bluzgiem, i nagle mnie olśniło: to ona nie wie, co się dzieje. To w niej rośnie niepodległa istota i każdym skrawkiem próbuje rozszarpać świat na strzępy, jeśli tylko ktoś lub coś jej się sprzeciwi. A przecież to właśnie miało miejsce! Zrobiło mi się jej żal. Wyciągnąłem ją z wanny, owinąłem ręcznikiem i patrząc prosto w zdezorientowane, wściekłe, mokre oczka zapytałem:
            - Chcesz się przytulić?
Od razu wpadła mi w ramiona. Po kilku chwilach wyszarpnęła się i pobiegła po Pomelcia, żeby jej przeczytać. Po erupcji nie było śladu.

Od tego momentu nasze życie zamieniło się w niestanne balansowanie, niekończące się negocjacje. Gdy widzimy nadciągający wybuch mamy dosłownie chwilę, by ocenić czy możemy na coś pozwolić, czy nie. Jeśli pozwolimy, a potem się okaże, że jednak nie pozwalamy, bo sprawy poszły w innym kierunku niż chcieliśmy, trzeba niestety frustrację i gniew Weroniki wziąć na siebie. Ponadto czasem nie wiemy, kiedy przyjdzie wybuch. Ostatnio wracamy ze spaceru i otworzyłem drzwi…bardzo potem tego żałowałem. Weronika natychmiast w krzyk, płacz, że „Ika! Ika!”, zamknąłem szybko i mówię, żeby sobie otworzyła, że proszę bardzo, ale było już za późno. W całej rozciągłości czasoprzestrzeni, we wszystkich wymiarach, to otwarcie drzwi było jedyne w swoim rodzaju i ja jej to zabrałem. Zbrodnia przeciwko ludzkości jakiej świat nie widział. Oczywiście musiała wszystko wypłakać, a potem utonąć w objęciach.

Po tych kilku miesiącach mamy jednak większość rzeczy opanowanych. Mieszkanie mieliśmy już wcześniej dosyć dobrze zabezpieczone (w trakcie buntu dwulatka maluchy zwielokrotniają próby samobójcze), więc wystarczyło pochować krzesła, na które nagle zaczęła się wspinać i rzucać na główkę. Niestety, nigdzie nie mogę doczytać jak długo trwa taki bunt. Mało tego, ostatnio zostałem nastraszony przez mamę pięciolatki, że bunt dwulatka nie jest wcale taki straszny i żebym poczekał na bunt czterolatka. Zaśmiałem się i mówię, że chyba nie będzie tak źle, a potem szybciutko do domu, wujek google, bo przecież nie ma czegoś takiego jak bunt czterolatka i ktoś sobie jaja ze mnie robi, ale niestety nie. Po raz kolejny czekam z utęsknieniem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz