czwartek, 1 stycznia 2015

Minął rok cz. II


    Poprzednio dowiedzieliśmy się, że Weronika jest dzieckiem wymagającym, że lubi się bawić i że w kategoriach świata dorosłych nie jest normalna. Teraz pora na kilka innych podsumowań.   

            Mądrości

Dziecko poszerza horyzonty. Wiem więcej, a nawet dużo więcej niż mogłem się spodziewać. Na szybko wymienię tylko okienko immunologiczne, poczęcie spontaniczne (tu można się bardzo pomylić), zastój, głużenie, bunt dwulatka (czekam z utęsknieniem) czy to, że właściwy kierunek podmywania u dziewczynek ma ogromne znaczenie. Każdego dnia uczę się wyprowadzać tego małego człowieczka na prostą; człowieczek z kolei udowadnia mi, że to ja jestem na złej drodze.  

            Co w niej kocham?

         Kocham rzecz jasna bezwarunkowo, ale przecież nie zmienia to faktu, że widzę w niej człowieka i zauważam wszystko, co ją wyróżnia i czyni wyjątkową. Zadziwiająca jest twarz własnego dziecka; gdy patrzę na Weronikę w pierwszej chwili widzę mamę, ale zaraz potem, gdzieś od nasady noska w górę, dostrzegam podobieństwo do samego siebie. Czasem wydaje mi się nawet, że w jakimś grymasie, w jakiejś mince niezadowolonej widzę moją babcię. To wcale nie takie nieprawdopodobne. W końcu całe to potężne, masywne drzewo genealogiczne rośnie na tych kruchych ramionkach. Dwie babcie, cztery prababcie, osiem praprababć itd. Cała paleta osobowości, włosów kręconych i prostych, nóg zgrabnych i mniej, z tego wszystkiego czerpie ten mały łobuz i ja to kocham.
          Do niedawna powrót do domu kojarzył mi się zupełnie z niczym. Wracało się i tyle. Dzisiaj wracam z wypiekami na twarzy, w głowie układam słowa powitania, bo wiem, że w drzwiach dopadnie mnie Weronika, trochę obrażona, że mnie nie było, ale zarazem szczęśliwa; rzuci mi się do nóg, rączki wyciągnie w górę i dopóki nie wycałuję, nie wytłumaczę gdzie byłem i dlaczego tak długo, to nawet kurtki nie ściągnę.
        Kocham obserwować jak poznaje świat. Jak w jej głowie rodzą się własne koncepcje i pomysły. Jak potrafi się zdenerwować, gdy coś idzie nie po jej myśli. A nie po myśli takiego maleństwa może pójść wszystko: zbyt wolno nagrzewający się piekarnik, to doskonały powód do zrobienia awantury.

            Porządek

Rzecz nieosiągalna przy małym dziecku. Czasem nasze mieszkanie przypomina dżunglę, w której słonie wydeptały ścieżki do ulubionych drzew owocowych. Przemieszczamy się korytarzami, a jeśli coś jest na naszej drodze, to spychamy nogą na bok; nie mamy siły na podnoszenie i odkładanie we właściwe miejsce. Rodzice, którzy codziennie mają w domu porządek, są dla mnie bardzo podejrzani.

            Co się udało, a co się nie udało?

        Planowanie to przy małym dziecku dziedzina niezwykle skomplikowana. Tym bardziej należy nam pogratulować, ponieważ wdrożyliśmy w życie najważniejsze pomysły. Udało się karmienie piersią (o tym można napisać książkę; kobiece piersi to inżynieryjny cud matki natury), udało się karmić względnie naturalnymi i zdrowymi produktami, udało się uniknąć słodyczy – Weronika nie zaznała smaku czekolady itp., udało się uniknąć telewizora, udało się regularnie chodzić na basen, udało się codziennie spacerować minimum godzinę, udało się dwa razy pourlopować.
        Co zatem się nie udało? Nie udało się wprowadzić metody BLW, czyli bobas lubi wybór; nie mogłem patrzeć jak Weronika co rusz krztusi się jedzeniem. To podobno normalne, ale jak własne dziecko robi się sine i oczy wychodzą mu na wierzch, to taka zabawa jest niezwykle stresująca. Nie udało się nie mówić „nie”; były plany, żeby zastępować to słowo różnymi zwrotami, ale jest to zbyt intuicyjne; może jeszcze się uda, ale trzeba wykonać nad sobą ogromną pracę. Nie udało się korzystać z pieluch tetrowych – po pierwszej kupci uznaliśmy, że tetry to jakieś szaleństwo i niemożliwością jest ogarnąć całe to pobojowisko; tu chciałbym pozdrowić moją mamę…mamusiu, naprawdę, chapeau bas.


            Czas


    Dziecko w domu, to najlepszy sposób aby zrozumieć teorię względności. Przed narodzinami Weroniki poruszałem się w świecie Newtona, gdzie czas był odmierzany przez wielki, bezwzględny kosmiczny zegar. Mówiłem czasem, że nie mam czasu i głęboko w to wierzyłem. Dzisiaj wierzę w teorię Einsteina i zamiast mówić, że nie mam czasu, mawiam, że jestem za wolny.  


            Ile to kosztuje?


        Nigdy nie krępowałem się mówić o pieniądzach, a ponieważ często słyszę argument bezdzietnych przyjaciół, że przecież dziecko tyle kosztuje, czuję się w obowiązku rozwiać mgłę niedopowiedzenia. Po nieco ponad roku, mając trochę rzeczy zdobycznych, ale większość kupionych oraz rezygnując z ekstrawagancji typu ciuchy szyte na miarę u najlepszych projektantów, udało nam się zamknąć w 15 tysiącach złotych. Wszystko ze średniej półki, zakupy raczej przemyślane, więc niewiele chybionych inwestycji. Myślę, że to średnia krajowa. Znam rodziców, którzy po roku wydali dwa razy więcej, ale jak się kupuje wózek za 3 lub 4 tysiące, tylko dlatego, że kogoś stać (użytkowość wózka za 1 tys. jest taka sama jak tego za 3; gwarantuję), to dochodzi się do takich kwot. Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że w tak dobrym wyniku pomogła sama Weronika – nie chorowała. Dzieci chorują, a to potrafi wyczyścić konto do zera.


            Pierwszyzna


        Towarzyszyć Weronice przy jej pierwszościach, to prawdziwy zaszczyt. W pierwszym roku życia dziecka pojawia się tego naprawdę wiele. Były między innymi pierwszy płacz, pierwszy uśmiech, pierwsze słowa, pierwszy ząbek, pierwsze kroki czy pierwsze prezenty pod choinką. I pomyśleć tylko, że będzie tego jeszcze więcej.           

2 komentarze:

  1. Trafiłaś w sendo z tym artykułem :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Pięknie to napisałaś. Wspominam pierwsze lata dziewczynek cudownie, to był piękny czas. A jaka Weronika rozgadana strasznie na tym filmiku :P

    OdpowiedzUsuń