poniedziałek, 15 grudnia 2014

Minął rok cz. I


           Im bardziej nasza kultura skręca w lewo, tym więcej zjawisk ma swoją nazwę. To raczej dobrze, bo świat, w którym potrafimy precyzyjnie nazywać nasze otoczenie, to świat mniej straszny. A ponieważ ostatnio przytrafiło mi się wychowywać dziecko, to właśnie najnowsze zagadnienia pedagogiczne są w centrum moich zainteresowań.
Okazuje się, że na przestrzeni ostatnich lat zaszło sporo zmian. Taka na przykład dysleksja; kiedyś mówiło się, że gówniarz jest po prostu leniwy i warto byłoby przetrzepać mu dupsko, to wtedy „ż” i „rz” same się w głowie poukładają. Albo ADHD; toż to zwykłe owsiki i znowuż najlepszą metodą okazywało się garbowanie skóry ojcowskim pasem. Swoją drogą bicie dzieci, to najstarsza metoda wychowawcza i naprawdę jestem pełen podziwu dla naszej cywilizacji. Zdobycie księżyca, antybiotyki, komputery, a dzieci wciąż zamiast słuchać lepiej zbić. W końcu budowanie szacunku i autorytetu na przewadze fizycznej, to rzecz właściwa; prał dziadek, tłukł ojciec, więc i ja rąk smykowi nie pożałuję.    
Wracając jednak do najnowszych odkryć pedagogiki, to muszę zatrzymać się przy high-need baby; najtrafniejsze według mnie polskie tłumaczenie, to „dziecko nieodkładalne”. Przez pierwsze miesiące życia Weroniki, zastanawialiśmy się czy wszystkie dzieci są takie. Czy to możliwe? Czy jako gatunek bylibyśmy w stanie przetrwać, gdyby jedno maleństwo pochłaniało tyle uwagi? Ponieważ nie interesowały nas stare metody, polegające na odkładaniu dziecka do wypłakania i nie przejmowanie się nim, zaczęliśmy szukać. Szukaliśmy, szukaliśmy i znaleźliśmy; high-need baby; czyli ten typ tak ma. Początkowo wątpiłem czy Weronika na pewno podchodzi pod tę definicję, ale inne dzieci, które siłą rzeczy przez ten czas poznałem, utwierdziły mnie w przekonaniu, że definicja pasuje bardzo dobrze. Najbardziej utkwiła mi w pamięci rozmowa przez Skypa ze świeżo upieczoną mamą; jej synek zbudził się w trakcie rozmowy i…i nic. I czekał. Weronika po przebudzeniu, jeśli w ogóle zdarzyło jej się usnąć, informowała cały blok, że już wstała i należy się nią zająć. Innym razem mijałem w sklepie rodziców z dzieckiem w wózku. Smyk zrobił grymas i mruknął, a rodzice ucieszeni, biją brawo, „Ale się wściekł! Widziałaś?”. To co u niego było wściekłością, u Weroniki byłoby co najwyżej niezadowoleniem. Przykładów mógłbym mnożyć jeszcze długo.
Odkrycie definicji high-need baby pozwoliło nam odetchnąć. To nie my jesteśmy słabi w uszach i to nie jest normalne usypiać przez dwie (dosłownie) godziny, biegając po domu i podskakując jak konik. Oczywiście dzieci takie rodzą się od dawna, więc i nasze babcie miały na nie swoje sposoby, z których woleliśmy zrezygnować. Za podawanie niemowlętom wywaru z makówki idzie się dzisiaj do więzienia. Tak się szczęśliwie złożyło, że małżeństwo, które wymyśliło termin HNB, wymyśliło również jak sobie z takimi dziećmi radzić. A radzić sobie można poprzez rodzicielstwo bliskości, czyli noszenie w chustach, jak najczęstsze przykładanie do piersi oraz spanie z dzieckiem. Filarów rodzicielstwa bliskości jest więcej, ale to były te, które pozwoliły nam przetrwać. Wcześniej wmawiano nam, że przy piersi się nie śpi, ale odkąd Weronika zaczęła tak zasypiać, noce stały się długie i spokojne. Tyle teorii. Teraz, mając w pamięci powyższe, podsumujemy pierwszy rok życia Weroniki.

Weronika

Na świat przyszła po długiej walce, a potem było jeszcze ciekawiej. Pierwsze dni to strach, zmęczenie, niedowierzanie i zwierzęcy pół-sen, podczas którego gotów byłem w każdej chwili zerwać się i ruszyć do przewijania, przebierania, mycia czy noszenia. Znikąd pomocy. Gdy udało się ją uśpić, padaliśmy wyczerpani. To były hipnotyczne tygodnie, z których pamiętam niewiele. Odwilż przyszła w trzecim miesiącu, zaczęliśmy przesypiać całe noce, nawet po sześć, siedem godzin z rzędu. Można było zacząć się skupiać na innych aspektach naszej małpki, która z każdym nowym dniem coraz bardziej zaczynała przypominać człowieka. Dzisiaj, gdy ma już prawie 14 miesięcy, możemy śmiało mówić o charakterze. A charakter to nie byle jaki.
      Weronika nie zna kompromisów. Weronika nie lubi półśrodków. Weronika wciąga otoczenie do każdej swojej zabawy, zaprasza, zachęca i nie akceptuje sprzeciwów. Jest głośna, niecierpliwa, ciekawska, ruchliwa, ma niespożyte zasoby energii, otwarcie informuje o swoich potrzebach i domaga się natychmiastowego ich zaspokojenia. Jest towarzyska, odważna, lubi się śmiać. Gdy ma zapłakać, najpierw jest długa cisza, aby nabrać powietrza, potem wybucha i płacz bardzo długo i głośno niesie się przez świat; ciężko ją uciszyć, musi wszystko z siebie wyrzucić, każdy skrawek cierpienia; żeby nic nie zostało i nie gniotło duszy. To miłość mojego życia; dzięki niej czuję się jak prawdziwy mężczyzna, którego serce drży na widok przecenionych pieluch, a promocyjne piwo mija obojętnie.  
 
            Dziwności

Pamiętam rutynową wizytę u pani neurolog, która powiedziała nam, że dzieci robią różne dziwne rzeczy, ale nie warto się tym przejmować, bo w trakcie kształtowania się układu nerwowego nietypowe zachowania są na porządku dziennym. I faktycznie przez miniony rok trochę się tego naoglądaliśmy. Rozmowa z piekarnikiem o północy, lizanie szyb, wyjadanie resztek ze śmietnika, dłubanie w nosie (niby nic, ale palcami u nóg, to prawdziwa sztuka), jeżdżenie w kartonie po pieluchach, patelni czy nocniku oraz setki innych rzeczy, które są nieprzekładalne na język pisany, jak na przykład o-owanie z półprzysiadem…
       Podejrzewam, że w dzieciństwie większość z nas taka była, ale wychowanie w systemie nagród, kar i bezdyskusyjnych norm skutecznie uczyniło z nas „normalnych” ludzi. Marzy mi się, by Weronika jak najdłużej obcowała ze swoimi dziwnościami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz