poniedziałek, 24 lutego 2014

Jak działa mózg berbecia?



Znakomicie. W każdym tygodniu dochodzą nowe umiejętności, które na pozór mogą wydawać się bardzo nieużyteczne – jak łapanie się za stopę czy wyrywanie włosów z klaty tatusia – lecz w praktyce poszerzają wiedzę o świecie i przygotowują do jego podboju.
Warto o tym wspomnieć, ponieważ Sapichrust skończył właśnie cztery miesiące, co czyni go dziewczynką niemal dorosłą. Kiedy porównać jej osiągnięcia z tego okresu z moimi osiągnięciami…no cóż, wypadam raczej blado. Trochę przeczytałem, schudłem (dla odchudzających się polecam nie spać przez wiele tygodni, biegać po pokoju trzymając w rękach jakiś ciężar – idealnie nadaje się płaczące dziecko, niedojadać oraz spacerować codziennie minimum godzinę), zmieniłem pracę i właściwie tyle mojego.
A Pułkownik Pućkowski? A ten rzezimieszek i rozbójnik? Kiedy wnosiłem ją do domu była słabowidzącym, trzykilowym szczurkiem, bijącym się po głowie rękami. Dzisiaj mamy do czynienia z doskonale funkcjonującą maszyną do pochłaniania uwagi i czasu, co o dziwo nie zawsze jest równoznaczne. Wzrok został opanowany w stopniu umożliwiającym dostrzeżenie cyca z kilku metrów, uśmiechanie się do znajomych twarzy, różowego misia na półksiężycu oraz własnego odbicia w lustrze. Słuch przestał szwankować: dźwięki są posegregowane i nie wracają wielokrotnym echem. Smak i powonienie...to chyba działało od początku dobrze – już w pierwszych dniach potrafiła z zamkniętymi oczami wysunąć nosek i niuchać w poszukiwaniu cyca; zawsze wiedziała, w którym jest kierunku. Dotyk to najnowsze odkrycie związane bezpośrednio z opanowaniem rąk. Przedwczoraj Sapichrust zrozumiał niestety, że twarz taty kłuje.
Do zmysłów dochodzi oczywiście rozwój całego ciała. To już nie jest szczurek, a nieźle spasiony szczur, taki z przejścia podziemnego na Placu Społecznym – tam widziałem największe bydlę w moim życiu. I nie mam tu na myśli tłuszczu, jak u tych wszystkich bobasów z pofałdowanymi łapkami, Skarbonka jest szczupła, długa i umięśniona.
Tak wyposażona, moja mała księżniczka terroryzuje nas dużo sprawniej i z coraz większym rozmachem. Już nie mogę zostawić jej bezpiecznie na przewijaku i pójść do łazienki po wodę do podmycia, bo po powrocie mógłbym znaleźć ją na podłodze i bardzo się zmartwić. Już nie daje się usypiać szyszaniem, lalaniem – teraz potrzebna długa wieczorna aktywność. Dużo kolorów, śpiewania, zwiedzania na rączkach całego domu, gładzenia różowego pudełka kremu (bo przecież z tylu zabawek, które kupili rodzice najfajniejszy jest właśnie krem) i wysłuchiwania jej sówki – jakiś nowy sposób komunikacji, jeszcze nie rozgryzłem. 
Na szczęście w konfrontacji z tym potworem nie jesteśmy skazani na porażkę. Można się przecież przygotować. Przed każdym nowym etapem jej życia sprawdzam teraz, czego mogę się spodziewać. Na ten miesiąc zapowiedziano wyjątkowo wiele atrakcji. O tym może jednak kiedy indziej.